15.03.2024, 09:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2024, 09:43 przez Brenna Longbottom.)
Brenna tylko życzyła miłego spaceru Morpheusowi i Septimie – najwyraźniej zależało im na samotnej wędrówce, nie oponowała więc, a nawet jeśli trochę ją zdziwiło, z kim przyszedł wuj, to nijak tego po sobie nie pokazała.
– No, tutaj jesteś… – mruknęła na widok Erika, a potem jej brwi powędrowały w górę, gdy okazało się, że Nora miała coś załatwić u babci Lizzy. – I puściłeś ją tam w środku nocy samą? Trzeba było mi powiedzieć – syknęła Brenna. Syknęła, bo miała ochotę to krzyknąć, ale przecież nie będzie wrzeszczała na brata, w dodatku przy ludziach… Z drugiej strony, kiedy Longbottom oświadczył, że on też wybiera się na noc do Warowni, tylko westchnęła: może i lepiej, że jednak nie odprowadzał Nory. Chociaż absolutnie nie – powinien – puszczać – jej – samej. Poza tym czemu Nora nie mogła doprowadzić się do porządku u nich…? I…
Zanim zdążyła rozpocząć śledztwo na ten temat, podeszła jednak Victoria, ratując tym samym Erika przed kolejnymi pytaniami. Brenna obróciła się więc ku niej z uśmiechem.
Czy zauważyła, że ta spędziła właściwie cały wieczór z Atreusem? Jasne. Czy czuła się z tym dobrze? Niezbyt. Czy miała prawo do pretensji z tego powodu do któregokolwiek z nich? Nie. Victorii nic nigdy nie mówiła, on nigdy nic nie obiecał. Dlatego nie było w uśmiechu Brenny chłodu, i objęła ją na pożegnanie bez wahania.
– Daj spokój, Tori, robię sobie sama takie rzeczy, że trudno byłoby ci wymyślić coś gorszego – roześmiała się tylko nad jej uchem, zanim ją puściła. – Te drinki na weselu? Bogowie, Rookwoodówna by mnie chyba zabiła. Zwłaszcza, że jeden działa trochę za mocno z zapominaniem o zmartwieniach dorosłego życia…
Pokręciła głową, nie tyleż w odmowie, co w lekkim przerażeniu na myśl o tym, że Perseus Black na własnym ślubie mógłby nagle uwierzyć na przykład, że jest znowu uczniem Hogwartu jak Patrick.
Pożegnała Victorię, a potem poczekała jeszcze, upewniając się, że ze stodoły, w której nie grała już muzyka, i tylko wciąż błyszczały nad nią gwiazdy, wszyscy wyszli, nikt nie został pod jakimś krzewem, nikt nie teleportuje się po pijanemu i nikt nie idzie w pojedynkę do Warowni (zwłaszcza jej brat) czy jakiejś dalekiej lokacji – i wreszcie po krótkiej wymianie zdań z właścicielką, jako ostatnia wyszła i sama, zamykając za sobą drzwi.
– No, tutaj jesteś… – mruknęła na widok Erika, a potem jej brwi powędrowały w górę, gdy okazało się, że Nora miała coś załatwić u babci Lizzy. – I puściłeś ją tam w środku nocy samą? Trzeba było mi powiedzieć – syknęła Brenna. Syknęła, bo miała ochotę to krzyknąć, ale przecież nie będzie wrzeszczała na brata, w dodatku przy ludziach… Z drugiej strony, kiedy Longbottom oświadczył, że on też wybiera się na noc do Warowni, tylko westchnęła: może i lepiej, że jednak nie odprowadzał Nory. Chociaż absolutnie nie – powinien – puszczać – jej – samej. Poza tym czemu Nora nie mogła doprowadzić się do porządku u nich…? I…
Zanim zdążyła rozpocząć śledztwo na ten temat, podeszła jednak Victoria, ratując tym samym Erika przed kolejnymi pytaniami. Brenna obróciła się więc ku niej z uśmiechem.
Czy zauważyła, że ta spędziła właściwie cały wieczór z Atreusem? Jasne. Czy czuła się z tym dobrze? Niezbyt. Czy miała prawo do pretensji z tego powodu do któregokolwiek z nich? Nie. Victorii nic nigdy nie mówiła, on nigdy nic nie obiecał. Dlatego nie było w uśmiechu Brenny chłodu, i objęła ją na pożegnanie bez wahania.
– Daj spokój, Tori, robię sobie sama takie rzeczy, że trudno byłoby ci wymyślić coś gorszego – roześmiała się tylko nad jej uchem, zanim ją puściła. – Te drinki na weselu? Bogowie, Rookwoodówna by mnie chyba zabiła. Zwłaszcza, że jeden działa trochę za mocno z zapominaniem o zmartwieniach dorosłego życia…
Pokręciła głową, nie tyleż w odmowie, co w lekkim przerażeniu na myśl o tym, że Perseus Black na własnym ślubie mógłby nagle uwierzyć na przykład, że jest znowu uczniem Hogwartu jak Patrick.
Pożegnała Victorię, a potem poczekała jeszcze, upewniając się, że ze stodoły, w której nie grała już muzyka, i tylko wciąż błyszczały nad nią gwiazdy, wszyscy wyszli, nikt nie został pod jakimś krzewem, nikt nie teleportuje się po pijanemu i nikt nie idzie w pojedynkę do Warowni (zwłaszcza jej brat) czy jakiejś dalekiej lokacji – i wreszcie po krótkiej wymianie zdań z właścicielką, jako ostatnia wyszła i sama, zamykając za sobą drzwi.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.