15.03.2024, 10:34 ✶
Nie do końca. Rodolphus był wtedy po prostu sobą. Brenna go fascynowała, a raczej fascynował go jej umysł, odruchy które miała. Wydawało się, że jest głupią siksą (chociaż była starsza od niego) - śmiała się w głos, była energiczna, wszędzie jej było pełno. Łatwo było ją ocenić. Zbyt łatwo. Lestrange podejrzewał, że Longbottom skrywała więcej, niż chciała pokazać światu. Być może to była pewna kreacja, którą pokazywała innym - nie zdziwiłoby go to. Ród, mimo że szlamolubny, był stary i bogaty. Brenna na pewno odebrała odpowiednie wykształcenie, a jej rodzina zadbała o to, by potrafiła dopasować się do każdej sytuacji. Zdążył już poznać jej wuja, Morpheusa - i im dłużej przebywał z Longbottomami, tym bardziej odnosił wrażenie, że mimo iż starają się pokazać, że są inni niż wszyscy, to są tacy sami. Oczywiście poza kilkoma fundamentalnymi różnicami, ale to były szczegóły. Chodziło o całokształt.
- Na pewno - odpowiedział, lekko wzruszając ramionami. Gdy Victoria wspomniała, że nie sądzi, że Brenna nie życzy sobie kontaktu, uniósł brew. No tak, ona nigdy by nikomu tak nie powiedziała. Nawet przyjaciółce. Wydawało mu się, może mylnie, że kobieta była po prostu zbyt dobrze wychowana albo zbyt dobrze weszła w swoją rolę. Nie kazałaby komukolwiek iść w diabły. Prędzej robiłaby to, co dobrze wychowane damy: po prostu by ghostowała. Z cichym westchnięciem przeniósł wzrok gdzieś na bok, na regał z równo ułożonymi książkami. - Zdążyłem zauważyć. I usłyszeć. Akurat o twojej znajomej jest głośno na pewnych piętrach Ministerstwa. Jeszcze chwila, a wyślą ją na przymusowy urlop. Albo wyląduje w Mungu.
Nie obchodziło go w zasadzie, czy Brenna zrobi sobie poważniejszą krzywdę, ale na pewno odczułby coś na kształt dyskomfortu, gdyby się o tym dowiedział. Trochę targały nim sprzeczne emocje, bo tego, co Longbottomowie sobą reprezentowali, nienawidził - gardził z całego serca. Brenna była poniekąd tego ucieleśnieniem. Z drugiej strony był Morpheus, który wydawał się być mu bliższy zachowaniem i osobowością. Być może częściowo poglądami. Ale był Longbottomem, a im nie można było ufać. Zresztą - czy on komukolwiek ufał? Raz zaufał kobiecie i skończył marnie: na koncie miał już dwie przysięgi wieczyste, w każdej chwili mógł dostać wezwanie od kogoś, kto nie był Mistrzem, i zginąć. Naginał swój wolny czas i zasady, byle by tylko sprostać zadaniom, które mu rzucano. Pomieszkiwał u znajomego. I chociaż 90% z tych rzeczy było wynikiem jego własnych decyzji i efektem własnych działań, to jakoś nie potrafił elementu kobiecego wyrzucić z pamięci, chociaż ten stanowił zaledwie 1% jego problemów.
- Mogę sobie tylko wyobrazić, jakie to było wrażenie - powrócił do Victorii spojrzeniem, a kącik ust na moment się uniósł. Och, oczywiście że było to złe wrażenie. Zdawał sobie sprawę z tego, jak się zachowywał: i wtedy, i dzisiaj. Gdy chciał, potrafił być sympatyczny, ale z reguły nie chciał. Od uśmiechania się bolała twarz, a od uprzejmości skręcało go w żołądku. Troskę okazywał w dość niekonwencjonalny sposób - to, że w tej chwili rozmawiał otwarcie (powiedzmy) z Victorią, było wyjątkiem, przeznaczonym wyłącznie dla rodziny. - Zwłaszcza po tym, jak mówisz... Jak to było? "Jesteś jedyną normalną i wartościową osobą w tej rodzinie".
Nie dotykało go to w żaden sposób. Raczej bawiło, że wielka Brenna Longbottom leciała stereotypami i tak szybko oceniała ludzi. Bo ile razy się widzieli? Dwa? Może trzy, jak się minęli na korytarzu. Nawet on nie oceniał książki po okładce.
- Chciałbym powiedzieć, że przestanę się wokół niej kręcić, ale jest to chyba niemożliwe. Prędzej czy później na siebie wpadniemy ponownie. Jak nie przez jednego z Niewymownych, który postanowił biegać po Ministerstwie nago, to przy jakiejś sprawie, która będzie wymagała mojego udziału - rzucił to w sumie mimochodem, bo do tej pory nie pracował razem z Brenną, chociaż w ciągu niecałego tygodnia to się miało zmienić. Ale tego jeszcze nie wiedział: teraz po prostu dopuszczał do siebie taką opcję.
- Na pewno - odpowiedział, lekko wzruszając ramionami. Gdy Victoria wspomniała, że nie sądzi, że Brenna nie życzy sobie kontaktu, uniósł brew. No tak, ona nigdy by nikomu tak nie powiedziała. Nawet przyjaciółce. Wydawało mu się, może mylnie, że kobieta była po prostu zbyt dobrze wychowana albo zbyt dobrze weszła w swoją rolę. Nie kazałaby komukolwiek iść w diabły. Prędzej robiłaby to, co dobrze wychowane damy: po prostu by ghostowała. Z cichym westchnięciem przeniósł wzrok gdzieś na bok, na regał z równo ułożonymi książkami. - Zdążyłem zauważyć. I usłyszeć. Akurat o twojej znajomej jest głośno na pewnych piętrach Ministerstwa. Jeszcze chwila, a wyślą ją na przymusowy urlop. Albo wyląduje w Mungu.
Nie obchodziło go w zasadzie, czy Brenna zrobi sobie poważniejszą krzywdę, ale na pewno odczułby coś na kształt dyskomfortu, gdyby się o tym dowiedział. Trochę targały nim sprzeczne emocje, bo tego, co Longbottomowie sobą reprezentowali, nienawidził - gardził z całego serca. Brenna była poniekąd tego ucieleśnieniem. Z drugiej strony był Morpheus, który wydawał się być mu bliższy zachowaniem i osobowością. Być może częściowo poglądami. Ale był Longbottomem, a im nie można było ufać. Zresztą - czy on komukolwiek ufał? Raz zaufał kobiecie i skończył marnie: na koncie miał już dwie przysięgi wieczyste, w każdej chwili mógł dostać wezwanie od kogoś, kto nie był Mistrzem, i zginąć. Naginał swój wolny czas i zasady, byle by tylko sprostać zadaniom, które mu rzucano. Pomieszkiwał u znajomego. I chociaż 90% z tych rzeczy było wynikiem jego własnych decyzji i efektem własnych działań, to jakoś nie potrafił elementu kobiecego wyrzucić z pamięci, chociaż ten stanowił zaledwie 1% jego problemów.
- Mogę sobie tylko wyobrazić, jakie to było wrażenie - powrócił do Victorii spojrzeniem, a kącik ust na moment się uniósł. Och, oczywiście że było to złe wrażenie. Zdawał sobie sprawę z tego, jak się zachowywał: i wtedy, i dzisiaj. Gdy chciał, potrafił być sympatyczny, ale z reguły nie chciał. Od uśmiechania się bolała twarz, a od uprzejmości skręcało go w żołądku. Troskę okazywał w dość niekonwencjonalny sposób - to, że w tej chwili rozmawiał otwarcie (powiedzmy) z Victorią, było wyjątkiem, przeznaczonym wyłącznie dla rodziny. - Zwłaszcza po tym, jak mówisz... Jak to było? "Jesteś jedyną normalną i wartościową osobą w tej rodzinie".
Nie dotykało go to w żaden sposób. Raczej bawiło, że wielka Brenna Longbottom leciała stereotypami i tak szybko oceniała ludzi. Bo ile razy się widzieli? Dwa? Może trzy, jak się minęli na korytarzu. Nawet on nie oceniał książki po okładce.
- Chciałbym powiedzieć, że przestanę się wokół niej kręcić, ale jest to chyba niemożliwe. Prędzej czy później na siebie wpadniemy ponownie. Jak nie przez jednego z Niewymownych, który postanowił biegać po Ministerstwie nago, to przy jakiejś sprawie, która będzie wymagała mojego udziału - rzucił to w sumie mimochodem, bo do tej pory nie pracował razem z Brenną, chociaż w ciągu niecałego tygodnia to się miało zmienić. Ale tego jeszcze nie wiedział: teraz po prostu dopuszczał do siebie taką opcję.