Nie przedstawiałam się w takich sytuacjach pełnym imieniem, bo już nazwisko było niesamowicie długie. Poza tym, z anglojęzycznymi nie przepadałam za nazywaniem mnie "Ursulą". To brzmi trochę jakby seplenili. Poza tym, nikt nie zwraca się do mnie pełnym brzmieniem. Ewentualnie "Urszulka", ale to kolejna bariera nie do przebicia dla nie Polaków.
— Dziękuję! — Odpowiedziałam zaskoczona, że komuś mogło się spodobać tak proste imię. Chociaż pewnie mężczyzna wyobraził je sobie jako "Oola", co faktycznie wygląda egzotycznie. Co do znaczenia... — Dostałam je po prababci. W Polsce raczej nie zwracamy uwagi na znaczenie imion, o ile nie jest bardzo dosłowne. Bardziej zwracamy znaczenie na to, kto takie imię wcześniej nosił, na przykład ktoś z rodziny, albo jakaś istotna osoba albo święty.
Z jakiegoś powodu lubiłam wyjaśniać takie sprawy kulturowe. Konfrontując dobrze mi znane rzeczy z rzeczywistością innych krajów, pozwalało mi odkrywać, czym tak naprawdę jest "polskość".
— Proszę się nie kłopotać, zdaję sobie sprawę jak nieprzystępne jest to imię za granicą. — Machnęłam tylko ręką z lekkim rozbawieniem. Na ogół ktoś taki jak pan Longbottom niesamowicie by mnie onieśmielił, ale z jakiegoś powodu nie czułam się aż tak skrępowana. Czy to przez to pytanie? Przez nawiązanie konkretnego wątku, w którym mogłam wypowiedzieć się pewna siebie, bez martwienia się o wymyślaniu rozmów o pogodzie?
Język pana Longbottoma był niesamowicie poetycki. Ale czego się spodziewać po kimś z TAKĄ twarzą. Na wspomnienie muchomora powiodłam wzrokiem w miejsce, w które się wpatrywał. Rzeczywiście! Nie dostrzegłam wcześniej krasnego grzybka, ale z miejsca, w którym wcześniej stałam, zasłonięty był wysoką trawą.
— Ojej, pan jest wróżbitą?
Moje zafascynowanie tym człowiekiem rosło z sekundy na sekundę. W głowie tworzyło mi się milion scenariuszy komiksów z nim w roli głównej. Już widzę grono dziewcząt w pokojach wytapetowanych plakatami z jego wizerunkiem.
— Powróci... Jedyne rzeczy, które mogłyby do mnie powrócić już nie istnieją... — odparłam trochę pochmurnie. Moje zwierzęta, budynki gospodarcze, komiksy, rysunki, zdrowi rodzice, normalna twarz, nawet te akwarele z Beltane zostały pokonane przez płomienie. Próbując ukryć zakłopotanie wywołane zbyt dużym wynurzeniem wewnętrznych myśli, pochyliłam się odkładając resztę trzymanej szałwii na stosik i przesuwając wszystko to z dala od pana Longbottoma.
— Może Lysander wróci dzisiaj na noc... O ile w ogóle wyszedł. Bo jestem prawie pewna, że jak wychodziłam to był w domu... — Wciąż źle, wciąż zła odpowiedź. Roześmiałam się niezręcznie, prostując się. — Oczywiście nie neguję pana wróżby banalnymi przewidywaniami, jestem chyba dość niecierpliwa i próbuję zgadnąć, co by to mogło być. Ale w końcu wróżby nie zawsze muszą dotyczyć czegoś wielkiego, prawda? Czasem chyba mogą przewidywać coś, czego i tak się spodziewaliśmy, że się wydarzy na pewno?
To właściwie ciekawe pytanie. Nie wiedziałam wiele o wróżbiarstwie. W Durmstrangu ta dziedzina miała niemal nieistniejące miejsce w programie nauczania. To nie tak, że uznawali to za bzdury, ale według nich jeśli ktoś nie miał daru jasnowidzenia, tracił tylko czas na naukę tarota, czy czytania z kuli. Trochę szkoda, bo to wszystko wydaje się bardzo interesujące, chociaż jednak nie miałam okazji wgłębić się w ten temat bardziej. Cóż, teraz muszę, skoro bohaterem mojego najnowszego komiksu będzie niesamowity wróżbita.