Słowami Mildred Moody: karty, karty, wy chuje. Schował kartonik ze sprawiedliwością do wnętrza talii, losowo. Ułożył je koło swojej nogi, sięgając po pudełko z papierosami. Wcześniej poprosił pielęgniarkę, aby zostawiła otwarte okno, więc łatwiej będzie wypędzić zaklęciem dym i zapach na zewnątrz. W paczce trzymał również zapalniczkę, więc wyciągnął ją, włożył do ust bibułkę i zapalił, odchylając głowę do tyłu i opierając się z ulgą na poduszkach. Przytrzymał dłużej dym w płucach, ciesząc się tą chwilą prawie całkowitej kontroli i ulgi. Wypuszczając zakurzone dymem powietrze, jak smok w ludzkim ciele, zaczął mówić o wyniku wróżby:
— Odwrócona sprawiedliwość. To Wielkie Arkana, więc duże sprawy i duże archetypy, może oznaczać brak szczerości, zaprzeczenie, nieuczciwość i manipulację. Unikanie odpowiedzialności. Sprawiedliwość jest też jedną z moich dwóch kart urodzeniowych.
Westchnął ciężko.
— Albo ktoś będzie w nich oszukiwal albo ty oszukujesz mnie. Biorąc pod uwagę, że to moja talia...
Morpheus zapewne uniósłby jedną brew w górę, ale i tak nie byłoby tego widać przez bandaże dookoła jego głowy, które blokowały widok górnej części jego twarzy, niczym prześmiewcza maska superbohaterów z mugolskich komiksów. Lub złoczyńców. Morpheus dużo bardziej przypominał czarny charakter niż dumnego współczesnego herosa z własnym mytosem chwały.
Odwrócił twarz w drugą stronę, a dłoń zacisnęła się na talii. Nie mógł oczekiwać wielkiej uczciwości, w końcu sam traktował Neila jak uciechę chwili, kolejne zanurzenie w łaknieniu i hedonistycznej chciwości posiadania. Z radością rzucał się w jego ramiona, tak samo jak robił to z innymi. Nawet jeśli wiedział, że dla młodego Francuza to nie był tylko seks.
Nie oczekiwał szczerości, ale też nie spodziewał się oszustwa wprost. Może Neil go sprawdzał? Lub odkrywał swoją prawdziwą twarz w wierze i niewierze w talenty Morpheusa. Bardzo często tak bywało. Przywykł. Był zawiedziony, ale nie zdziwiony.
— Zapytaj o coś innego. Otwarte pytanie.
Zabrzmiał dziwnie pusto, daleko.
rzut na kartę