Wystarczyło, żeby powiedziała mu, że rozumie, żeby tlący się w nim ognik, gotowy rozbłysnąć i przepychać się o właściwszą prawdę, przygasł i rozpłynął się, pozostawiając na jego twarzy tylko wyraz zastanowienia. Bardzo chciał, żeby faktycznie docierało do niej w pełni to, co miał jej do powiedzenia, ale nie tylko - jakaś jego część naiwnie liczyła, że Timmy była w stanie wniknąć jakoś bardziej w zakamarki tego, co błądziło mu po głowie i w jakiś naturalny, łatwy sposób wchłonąć to wszystko. O ile to przecież byłoby prostsze, gdyby nie musieli mówić sobie nic, rozumiejąc się na jakimś o wiele innym, nadrzędnym poziomie. I nawet jeśli zdarzało im się to często, to w niektórych sytuacjach Rowle zwyczajnie czuł niedosyt i rozczarowanie. Nie nią - nigdy nią. Samym sobą, bo brakowało mu słów, jakby kiedy dochodziło do sytuacji ważnych, miał ich tylko jakąś ograniczoną pulę i zmuszony był przebierać i wybierać w tym, które z nawarstwiających się problemów i emocji były najważniejsze. Często jednak, chybiał okrutnie, sięgając po to co znajdowało się na samym wierzchu. Bo tak było najprościej.
Tak jakby każda kolejna rzecz była o wiele trudniejsza do wyduszenia z siebie. Zależała może zwyczajnie, bo pozostawiona nieco za długo na następny raz, następne zdanie, następną chwilę, ale ostatecznie - na zawsze. Na samym dnie leżały rzeczy, o których sam wolał nie myśleć, bo kiedy sam się nad nimi nie zastanawiał, to może nigdy nie zrobią nikomu krzywdy. Może wtedy nigdy Timmy nie będzie zmuszona spojrzeć na niego inaczej, a przecież tego nigdy by nie zniósł, bo była dla niego wszystkim.
Nigdy do końca nie rozumiał na jakiej zasadzie dopatrywała się w nich tak wyraźnego przeciwieństwa. Nie ważne ile razy nie obróciłby tej myśli, wydawała mu się w swojej prostocie zbyt naiwna, ale dopuszczał możliwość, że to może on był tutaj ślepy. Kiedy patrzył w lustro, widział tylko siebie samego, wypaczonego klątwą i powoli poddającego się jej coraz bardziej, ale kiedy przestawał patrzeć na siebie i spoglądał w bok, obok jego ramienia znajdował ją samą. Chyba o wiele przyjemniejsze było dla niego myślenie, że posiadali więcej wspólnych mianowników niż cech sprzecznych. Szczególnie kiedy łypał na świat gadzimi oczami, te podobieństwa tym bardziej uziemiały go w ludzkiej skorupie, odpychając gdzieś na bok zezwierzęcenie, którego tak bardzo się obawiał.
Nie odpowiedział jej od razu, ale gdzieś w kącikach ust czy oczu pojawiło się zdziwienie, jakby to pytanie było ostatnim, którego mógł się tego dnia spodziewać. Chciał trochę roześmiać się zwyczajnie, jakby było tak absurdalne, że nie mógł przyjąć go z inną manierą, ale kiedy tak zaglądała mu w oczy, coś w nim miękło i odrzucało tę opcję.
- Nigdy - powiedział wreszcie, cicho wypuszczając to słowo z ust, kiedy podniósł mimowolnie dłoń, by wsunąć jej za ucho parę niesfornych, ciemnych kosmyków. - Jedyną osobą, której kiedykolwiek mam dość, jestem ja sam. - szczególnie kiedy chodziło o tylko ich interakcje. Jakby w jego głowie znajdował się w stosunku do niej na jakiejś niższej pozycji. - Gdybym miał cię dość, nie byłoby mnie przecież tutaj. Przy tobie. Dzisiaj, miesiąc temu, rok. Kiedy sobie tego tylko życzysz. Dlaczego w ogóle o to pytasz?
Przyciągnął ją do siebie, zamykając w ramionach, jakby tym samym chcąc dać jej świadectwo, że cokolwiek sobie ubzdurała, nie miało to większego znaczenia. Był dla niej zawsze i na zawsze. W jego głowie Septima była nieodłącznym elementem życia i nigdy nie miał jej tak naprawdę dość. Trzymał się jej kurczowo, jakby zbyt świadomy tego, że gdyby tylko ją puścił, to skończyłoby się to tragicznie. Nie wiedział tylko dla kogo.
Trwali tak dłuższą chwilę. W ciszy, powoli tulącej ich i kojącej wszelkie wątpliwości, aż wreszcie postanowili wrócić do jego domu.
Tak jakby każda kolejna rzecz była o wiele trudniejsza do wyduszenia z siebie. Zależała może zwyczajnie, bo pozostawiona nieco za długo na następny raz, następne zdanie, następną chwilę, ale ostatecznie - na zawsze. Na samym dnie leżały rzeczy, o których sam wolał nie myśleć, bo kiedy sam się nad nimi nie zastanawiał, to może nigdy nie zrobią nikomu krzywdy. Może wtedy nigdy Timmy nie będzie zmuszona spojrzeć na niego inaczej, a przecież tego nigdy by nie zniósł, bo była dla niego wszystkim.
Nigdy do końca nie rozumiał na jakiej zasadzie dopatrywała się w nich tak wyraźnego przeciwieństwa. Nie ważne ile razy nie obróciłby tej myśli, wydawała mu się w swojej prostocie zbyt naiwna, ale dopuszczał możliwość, że to może on był tutaj ślepy. Kiedy patrzył w lustro, widział tylko siebie samego, wypaczonego klątwą i powoli poddającego się jej coraz bardziej, ale kiedy przestawał patrzeć na siebie i spoglądał w bok, obok jego ramienia znajdował ją samą. Chyba o wiele przyjemniejsze było dla niego myślenie, że posiadali więcej wspólnych mianowników niż cech sprzecznych. Szczególnie kiedy łypał na świat gadzimi oczami, te podobieństwa tym bardziej uziemiały go w ludzkiej skorupie, odpychając gdzieś na bok zezwierzęcenie, którego tak bardzo się obawiał.
Nie odpowiedział jej od razu, ale gdzieś w kącikach ust czy oczu pojawiło się zdziwienie, jakby to pytanie było ostatnim, którego mógł się tego dnia spodziewać. Chciał trochę roześmiać się zwyczajnie, jakby było tak absurdalne, że nie mógł przyjąć go z inną manierą, ale kiedy tak zaglądała mu w oczy, coś w nim miękło i odrzucało tę opcję.
- Nigdy - powiedział wreszcie, cicho wypuszczając to słowo z ust, kiedy podniósł mimowolnie dłoń, by wsunąć jej za ucho parę niesfornych, ciemnych kosmyków. - Jedyną osobą, której kiedykolwiek mam dość, jestem ja sam. - szczególnie kiedy chodziło o tylko ich interakcje. Jakby w jego głowie znajdował się w stosunku do niej na jakiejś niższej pozycji. - Gdybym miał cię dość, nie byłoby mnie przecież tutaj. Przy tobie. Dzisiaj, miesiąc temu, rok. Kiedy sobie tego tylko życzysz. Dlaczego w ogóle o to pytasz?
Przyciągnął ją do siebie, zamykając w ramionach, jakby tym samym chcąc dać jej świadectwo, że cokolwiek sobie ubzdurała, nie miało to większego znaczenia. Był dla niej zawsze i na zawsze. W jego głowie Septima była nieodłącznym elementem życia i nigdy nie miał jej tak naprawdę dość. Trzymał się jej kurczowo, jakby zbyt świadomy tego, że gdyby tylko ją puścił, to skończyłoby się to tragicznie. Nie wiedział tylko dla kogo.
Trwali tak dłuższą chwilę. W ciszy, powoli tulącej ich i kojącej wszelkie wątpliwości, aż wreszcie postanowili wrócić do jego domu.
Koniec sesji