- Dobra, to ci wierzę. - Trochę deklaracji padło już z jego ust i wystarczyło jej to, żeby mieć pewność że wspólne pójście na bal nie będzie faktycznie dla niego problemem. Może to wcale nie było takie głupie rozwiązanie, razem na pewno będą się dobrze bawić i nie czeka ich też przesadne przejmowanie się partnerem, bo w końcu byli przyjaciółmi. To wszystko zapowiadało się dobrze. Mógł zauważyć, że humor raptownie się jej poprawił, kiedy znalazł rozwiązanie na problem, który jeszcze chwilę temu wydawał się nie do przeskoczenia, przynajmniej dla niej.
- Rozpalimy sobie tu ognisko i będziemy tańczyć w świetle księżyca do rana? - Tak właściwie to wydawało jej się, że nie będą musieli uciekać z balu, ale dobrze było mieć jakąś alternatywę. - Zieloną, w kolorze mchu, ale takiego zimowego, nie tego letniego, który jaśnieje od słońca. - Najłatwiej jej było porównać ten kolor do tego, czego znała, nie wiedziała, czy ta informacja mu wystarczy, czy potrzebuje czegoś więcej. - Taką do ziemi, na cienkich ramiączkach, matka zamówiła u Rosierów. - Gestykulowała przy tym, trochę jakby chciała mu narysować w powietrzu kształt tej sukienki, chociaż pewnie nie był w stanie nic odczytać z tych jej gestów.
- Pewnie tak, chociaż wydawało mi się, że to zawsze leży po dwóch stronach, źle myślę? - Zdecydowanie nie należała do specjalistów od związków, czego nie dało się ukryć, gdybała sobie po prostu i dzieliła się swoimi przemyśleniami. - Jak mogłoby w ogóle być inaczej, mam o tobie bardzo dobre zdanie, nie przyjaźnię się z żadnym, pierwszym lepszym, wybieram tych najlepszych. - Roześmiała się przy tym głośno, w między czasie zdeptała niedopałek swojego papierosa ciężkim butem, bo paliła już praktycznie filtr.
- Poznawanie kolejnych osób nie jest niczym złym, tylko czemu masz tak tylko z dziewczynami? Może faktycznie to jakaś choroba. - Tyle, że wcześniej o czym takim nie słyszała, no ale kto wie, różni ludzie mieli różne przypadłości.
- Tak, ognista by nas przy okazji rozgrzała, szkoda, że się nie przygotowaliśmy na to, ale nie spodziewałam się, że odbędziemy taką poważną dyskusję, zacznę nosić przy sobie piersiówkę, żeby nie dopuścić więcej do takiej niesubordynacji. - Dostała ją od ojca w zeszłe wakacje i była z niej niesamowicie dumna, powinna wreszcie ją napełnić odpowiednim trunkiem, żeby zawsze być gotowym na różne okoliczności.
- Może oni tak pierdolą o tych motylach, a tak naprawdę one nie istnieją. Kto to wie. Ludzie łykają te gadanie. - Po chwili jednak zmieniła temat, bo skończyli palić, robiło się coraz później, niedługo powinni być już w swoim dormitorium, jeśli nie chcieli zarobić szlabanu. - Idziemy do zamku? - Złapała go przy tym za dłoń, żeby sprawdzić jak bardzo jest zimna, nie powinni zbyt długo zostawać na dworze, wolała się upewnić, że jego ciało nie zamienia się powoli w bryłę lodu.