Londyn kochał bladą skórę, bo Anglia kochała chmury. Pozwala przesiąkać promieniom słońca w formie oszczędnej jak oszczędnie piaski przepuszczały wodę, by można było się z niej napić. Przydałby się złoty środek w życiu i w naturze - nie zamieniaj całkowitego gorąca na chłód deszczowych lat Anglii. Wybierz coś pomiędzy. Przyzwyczajenia stanowiły człowieka i do niektórych spraw się po prostu przyzwyczajałeś. Jeśli nie byłeś w stanie się przyzwyczaić - uciekaj. Nic dobrego nie czeka cię w miejscu, gdzie ciągłe bolączki będą zatruwały twoje życie i ukradną ci radość nawet z tych rzeczy, które kochałeś. Jedni nie mogli się przyzwyczaić do krzyku mew nad morzem, inni do ciągłego gwaru i szumu miasta. Świat byłby prostszy, gdyby postawić go zero-jedynkowym, ale Kolorowe Ptaki, takie jak Guinevere, nie miałyby wtedy swojego miejsca na niebie. Wytykane palcami sądziłyby, że ich mądrość to choroba. Tak jak sądził ptak zamknięty w klatce, gdy patrzył na te, co latają. Egipt był zdecydowanie za gorący, a tutaj było dla niego akurat. Znał jednak przyjemniejsze miejsca, gdzie naprawdę można było się wygrzewać, nie marznąć i nie zagrzewać za bardzo - śródziemnomorski klimat ciągnął go do siebie od jakiegoś czasu, tylko jeszcze nie wiedział, na ile był to pociąg, by tamte miejsca odwiedzać, a na ile rzeczywiście mógłby tam zamieszkać.
- Twoje oczy, równie bystre co oczy jastrzębia, przenikają przez zasłonę rzęs i dostrzegają świat w całej jego okazałości. - Nie wiedziała wszystkiego, nie widziała wszystkiego, ale nie o wszechwiedzę chodziło. Laurent doceniał to, że wyciągała proste wnioski z prostych rzeczy i była w tym trzeźwa. Jednocześnie ta trzeźwość w ogóle nie zabijała marzycielstwa, który w niej drzemał i pasji, z jaką potrafiła wnieść się na jastrzębich skrzydłach ku obłokach. Tam, gdzie jej skóra mogła błyszczeć jak ciemne lotki, gdzie wiatr tańczył w jej jedwabnych włosach, a oczy błyszczały jak pretendent do największych z gwiazd. W pięknie można było się zakochać, zauroczyć, ale ono nie zostawało z tobą na stałe. Nie było powodem, dla którego chciałeś do kogoś wracać... o ile nie chciałeś, zeby ktoś był dla ciebie płótnem. Zgadza się, Ginny nie próbowała nikomu zaimponować i nie starała się właśnie być tą, co wie wszystko o wszystkim. Nie bała się mówić, co wie i nie bała się też powiedzieć, czego nie wie. Paradoks tego świata polegał na tym, że im więcej wiedziałeś tym bardziej byłeś samoświadomy niewiedzy, a Guinevere tę niewiedzę zamieniała w zaletę, by z wiedzy kuć najlepsze ostrza.
Podtrzymywał swoje ramię, żeby elegancko Ginny mogła go trzymać, kiedy powoli wkraczali na Pokątną. Tak, orientacja w terenie w miejskim zgiełku okazała się zupełnie dla Laurenta bezproblemowa, więc chociaż nie obrali na pewno najkrótszej drogi, to nie zabłądzili. A Laurent ani myślał swoją rękę cofać, bo nie bał się ewentualnych znajomych twarzy, jakie mogliby napotkać po drodze i pytań z prostej przyczyny: z niejedną damą tak chodził, jak i niejeden dżentelmen prowadził tak kobietę, która równie dobrze mogła być jego siostrą. Jeśli ktoś sobie coś dopowie też nie stanowiło to dla niego w zasadzie żadnego problemu.
- Ach, tak, feniksy... miałaś okazję posłuchać ich śpiewu? - Nie było rzeczywiście piękniejszej pieśni. Czy sam wymieniłby ją na czułe słów, westchnienia, jęki? Ha... Nie potrafił zero-jedynkowo odpowiedzieć. Nic nie poruszało aż tak głęboko jak ten dźwięk - zarówno w tym dobrym kierunku jak i tym, w którym ludzie ronili łzy, jak i czuli niepokój, jeśli ich serca nie były czyste. - Miłość, co... - Piękne słowo. Piękna emocja. Iście uskrzydlająca. I szalenie niebezpieczna. Potrafiła całkowicie wywrócić życie do góry nogami, jeśli nie potrafiłeś sobie z nią poradzić, jeśli trafiłeś na złą osobę. - Czekasz na tego jedynego partnera, Guinevero? Tego, dla którego mogłabyś się stać płótnem i skrzypcami? - Nie pytał o to tamtego dnia przy czereśniach, więc zapytał teraz. Czy czeka, czy szuka, a może już tak w gruncie rzeczy miała kogoś na oku? Może te jej jastrzębie spojrzenie kogoś wypatrzyły wśród łąk, gór i lasów? Znalazła światło między cieniami Kniei Gryfindora.
Zatrzymał się, kiedy dojrzał dziewczynkę i tak jak jego serce było spokojne, tak teraz zostało połamane na kilka kawałków. Było coś... nieznośnie nostalgicznego w widoku tego dziecka, ale przede wszystkim - nieznośnie smutnego. Płaczące dziecko. Dziecko, które wyglądało na bardzo nieszczęśliwe i to nawet nie z samej racji płaczu. Coś w niej było - coś takiego... zmarszczył brwi.
- Czy widziała pani mojego kotka? Miałam tylko jego, ale mi uciekł... - Podniosła rączkę, drobną, nieznośnie chudą, pokazując na zaułek, który właśnie minęli, ale nie na ulicę. Pokazywała na górę. Na dach?
- Uciekł ci na dach? - Zapytał dla pewności. Dziewczynka skinęła głową i potarła jeszcze raz piąstkami oczka.
- Nigdy tam nie uciekał, nie chcę go stracić... a co jak spadnie?