Nawet dla Victorii, która znała Brennę całe swoje życie, jasne było, że zaczęło coś ukrywać, może grać. Jej napięty grafik, brak odpoczynku… oczywiście, że skrywała więcej, niż chciała pokazać i to również przed bliskimi ludźmi. Victoria nic na ten temat nie mówiła, jedynie obserwowała i notowała w głowie, nie pytała, tak długo, jak nie wchodziło to w jej własne kompetencje i nie naruszało strefy komfortu.
– Tylko na pewnych? Myślałam, że na każdym – stwierdziła od niechcenia, bo doskonale pamiętała o tym, jaka Brenna była w szkole; nie obchodziło ją z kim się zadaje, czy to Gryfon, Puchon czy Ślizgon. Zawsze i wszędzie było jej pełno, znajomych miała tylu, że aż trudno by to zliczyć. I Victoria podejrzewała, że dokładnie tak samo było też teraz, tylko na większą skalę. Czy się myliła? Może. Ale nie robiła żadnego śledztwa na temat Longbottom. – Przymusowy urlop by jej się przydał, ale wątpię, że podziała. A w Mungu już była i to nie raz – wzruszyła ramionami, bo od dawna uważała, że Brenna w końcu się wpędzi do grobu. Przeżywała jednocześnie kilka żyć standardowej osoby, biorąc pod uwagę, ile się u niej działo na raz.
Gdyby wiedziała, co dokładnie dzieje się u Rodolphusa, to pewnie by mu coś na to poradziła, może potrząsnęła i dała kopniaka, ale nie miała pojęcia, że młody Lestrange w ostatnim czasie popełnił szereg błędów i to jeszcze na tyle krytycznych, że zaowocowały złożeniem nawet nie jednej, ale aż dwóch przysiąg wieczystych. To nie było nic lekkiego, a wyjątkowo kiepska sytuacja i pozycja, w której się znalazł… I z powodu kobiety? Ach, gdyby Victoria wiedziała, że to wszystko, by chronić damę jego serca, która, jak uważał, wzgardziła nim. Naprawdę, mężczyźni zamiast podejmować decyzję, by swoje kobiety trzymać z dala i je „chronić”, powinni dać im wolną wolę do tego, by same mogły podjąć tę decyzję – czy tego w ogóle chcą. Ostatecznie… jej wybranek zrobił dokładnie to samo. Wypisał ją z równania, bo uważał, że w ten sposób ją uchroni, skoro plan z usmażeniem się na słońcu został mu zabrany i wybity z głowy. I, Rodolphusie, czy to wszystko było tego warte? Niemal sprzeniewierzenie własnej duszy, a na pewno własnego życia, czasu, w imię… czego?
Dumy?
– Weź poprawkę na to, że z Brenną znam się całe życie, wychowywałyśmy się razem do pewnego stopnia – po prostu się razem bawiły jako dzieci i ta przyjaźń przeniosła się później na Hogwart, i dalej. – Więc to normalne, że na mnie patrzy trochę inaczej, niż na resztę naszej rodziny – tym bardziej że o Lorettcie i Louvainie pisało się w gazetach to i owo, i to nie zawsze pochlebnie, zwłaszcza w rubryce plotkarskiej. – I dla mojej osoby może sobie pozwolić na pewne przerysowania i wyolbrzymienia – nawet nie do końca zgodne z prawdą. – Kręcić? – oczywiście, że musiała złapać go za słówko. Inaczej nie byłaby sobą. I spojrzała na niego wymownie, cichutko parsknęła i ponownie sięgnęła po szklankę z wodą.
Raz jeszcze rzuciła spojrzeniem na wystrój pomieszczenia.
– Tu zawsze było tak pusto? Nie trzymasz tu nic swojego? – co by oznaczało, że mieszka tu właśnie Rodolphus, a nie ktoś inny. Zwróciła na to uwagę chyba tylko dlatego, że wczorajszego dnia w podobnych warunkach „przyłapał” ją Laurent – że w jej pokoju brakowało… wielu charakterystycznych dla niej rzeczy. Bo je pakowała i po kryjomu przed matką wynosiła do mieszkania w Londynie.