To dość zabawne stwierdzenie, powiedzieć, o kimś tak mikrutkim, że ciężko go było nie zauważyć. Ale jeśli Leta była choć w połowie tak głośna w Hogwarcie, jak była teraz, to łatwo można było to sobie wyobrazić.
Skoro to przez skarpety Bott tak się dorobił, to fasolki o smaku skarpecianym, musiały być prawdziwym hitem i czarnym koniem. Za punkt honoru Guinevere obrała teraz to, by zjeść tyle fasolek, żeby trafić na tę jedną, mityczną, i przekonać się na własnej skórze. I tylko jej zmieniający się uśmieszek mógł świadczyć o tym, że właśnie coś błyskotliwego wpadło jej do głowy…
– Mogę ci zamienić uszy w rzepę, wtedy efekt zwiędnięcia będzie lepszy – zaproponowała w swoim stylu, ani trochę na poważnie. – Może tak ją przerazi, że już więcej nie będzie ci tak paplała – kontynuowała, a na ile to było wynikiem wypicia zbyt dużej (ale nie na tyle, by zacząć bełkotać) ilości alkoholu, a ile jej głowy pełnej absolutnie dziwacznych pomysłów… To była zagadka, która miała pozostać bez odpowiedzi. Nie przejęła się natomiast tym, że Cathal bardziej cenił sobie swoją skórę od jej zdrowia, bo nie wzięła tej pyskówki na poważnie. Sama zresztą na poważnie nie mówiła, to wszystko, to miały być żarty.
Z wdzięcznością przyjęła, że Cathal ją podtrzymał, a potem skorzystała z podstawionego jej ramienia i złapała się go, tym samym zachowując równowagę. Mogła sobie być wysoka, ale przy tym była raczej chuda, może nie koścista i bezkształtna, ale nie miała żadnej posągowej figury. Bardziej mogła się kojarzyć z trzciną na wietrze.
Jej kroki nie były teraz zbyt długie, ani szybkie, za to gdy już faktycznie wyszli z klubu i odeszli tak kilka kroków, a jej twarz owiał chłodny podmuch powietrza, aż się zatrzymała, zmuszając Cathala do tego samego, i przymknęła oczy, wyciągając twarz w stronę nieba. To miało być jak otrzeźwienie, aż cicho westchnęła. To nie była taka noc, jak w Kairze, ani w ogóle gdziekolwiek w Egipcie, to była prawda. Było chłodniej, jaśniej, niebo nie było tak czarne, gwiazdy nie były tak łatwo dostrzegalne. Ale teraz, w jej podchmielonej głowie, nie robiło to większego problemu, chociaż zdecydowanie ta londyńska noc była pozbawiona pewnego uroku. Za chwilę ruszyli przed siebie, a Ginny całkowicie pozwoliła, by Cathal prowadził i wybierał drogę.
– Całkiem podoba. Mogłoby być trochę cieplej i odrobinę mniej deszczowo, ale podoba mi się ta całkowita odmienność kulturowa – do jedzenia, dużo cięższego i tłustszego, ciągle się przyzwyczajała i to była chyba najtrudniejsza dla niej rzecz. Poza tym było tu wszystko, czego szukała; zdecydowanie bliżej do legend o królu Arturze, Pani Jeziora i Świętym Graalu, które fascynowały ją, odkąd dowiedziała się, skąd w ogóle pomysł na jej imię. – W Walii podoba mi się bardziej, wolę pustsze tereny niż ten dziki Londyn.