16.03.2024, 14:15 ✶
W duchu zgadzał się z tezą stawianą przez Efnera. Tyle że w przypadku Sebastiana zawierania znajomości na żadnym etapie życia nie było szczególnie proste. Może, kiedy był dzieckiem i jeszcze bawił się w piaskownicy czy na placach zabaw z innymi dzieciakami, a różnice między nimi nie były jeszcze aż tak wyraźne. Może wtedy było inaczej. I na początku nauki w Hogwarcie, gdzie w gruncie rzeczy wszyscy i tak poznawali się na nowo przez umieszczenie w zupełnie nowym środowisku i przydziale do odpowiednich domów.
Dzieciaki potrafiły być okrutne i często brakowało im empatii. Zawieranie poważnych relacji w życiu dorosłym było trudne, jednak pod innymi względami. Przede wszystkim mniejsze ilości wolnego czasu były głównym przeciwnikiem znajdowania sobie coraz to nowych kręgów towarzyskich. I motywacja. O Pani Księżyca, motywacja potrafiła leżeć i kwiczeć, gdy wróciło się do domu po ciężkiej zmianie. A żeby jeszcze dać coś od siebie i z powrotem wyjść do ludzi, chociaż sama myśl o tym sprawiała, że chciało się wpełznąć pod koc i udawać, że się nie istnieje? Tragedia. Istna tragedia.
— I jaki z tego wniosek? — odbił piłeczkę w stronę Stewarda. Nachylił się ku niemu, jakby licząc, że detektywistyczny instynkt czarodzieja sam się włączy.— Na większość przyjęć...? Na większość przyjęć nie przychodzi się dla samej zabawy, a dla ludzi, którzy tam będą. — Wbił w niego wymowne spojrzenie. — Lub ludzi, którzy cię zaprosili. Jak idziesz na czyjąś ceremonię ślubną, to nie robisz tego dla samej atmosfery, czyż nie?
Nie miał problemu z przyznaniem, że gdyby nie Patrick to w ogóle by go tutaj nie było. Nawet nie dostał imiennego zaproszenia, a z tego, co zauważył, większość zaproszonych wywodziła się z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów lub nosiła nazwisko Longbottom. Chociaż z początku targały nim wątpliwości, czemu Steward zaprosił akurat jego, tak wyparowały one, gdy okazało się, że mężczyzna wcale nie rzucił go na pożarcie Brygadzistów i Aurorów, a wyłonił się z tłumu... I nawet wyprowadził go na spacer w jakieś spokojniejsze miejsce.
— Nie każdy musi być popularny — mruknął pod nosem, obracając w dłoni szklaneczkę i obserwując, jak resztki alkoholu obijają się o ścianki naczynia. — W pewnym momencie i tak nie będziesz w stanie utrzymać dwudziestu relacji, choćbyś bardzo chciał. Powinno się iść w jakość, a nie ilość, to wiele ułatwia. — Wziął mały łyczek whiskey. — To, że ktoś odmówi dwadzieścia modlitw dziękczynnych, nie oznacza, że zrozumie ich przesłanie i zacznie żałować, jeśli klepie je bez zastanowienia. Ktoś, kto się skupi i odmówi trzy, może wynieść z tego więcej. Tak już działa świat.
Wyprostował się nieoczekiwanie, gdy Neil określił ich mianem przyjaciół, jednak Patrick uprzedził go, zanim zdołał utkać chociaż jedno logicznie skonstruowane zdanie. Uśmiechnął się półgębkiem, wbijając wzrok w trawę pod nimi.
— Traktuję — odparł z cichą powagą. — Szanujesz moje granice i nie zmuszasz mnie do robienia rzeczy, których nie chce. Idziesz na ustępstwa, żebym czuł się lepiej. I nie jesteś taki... głośny jak panna Longbottom. Więc tak, jesteś moim przyjacielem.
Pracujemy razem w Ministerstwie, powtórzył, przedrzeźniając ton głosu Stewarda. W jednym zdaniu podsumował cały incydent z kryształową czaszką i otworzeniem przejścia do Limbo, jak gdyby nie operowali na granicy dwóch kompletnie odmiennych od siebie wymiarów, a co najwyżej... Porządkowali razem dokumentację międzywydziałową.
— Niedopowiedzenie roku — skomentował na słowa Patricka, posyłając mu ironiczne spojrzenie. — Pan Steward i panna Longbottom uczynili ze mnie swojego osobistego egzorcystę. Jestem ich... ostatnią deską ratunku w sprawach zaświatów.
Dzieciaki potrafiły być okrutne i często brakowało im empatii. Zawieranie poważnych relacji w życiu dorosłym było trudne, jednak pod innymi względami. Przede wszystkim mniejsze ilości wolnego czasu były głównym przeciwnikiem znajdowania sobie coraz to nowych kręgów towarzyskich. I motywacja. O Pani Księżyca, motywacja potrafiła leżeć i kwiczeć, gdy wróciło się do domu po ciężkiej zmianie. A żeby jeszcze dać coś od siebie i z powrotem wyjść do ludzi, chociaż sama myśl o tym sprawiała, że chciało się wpełznąć pod koc i udawać, że się nie istnieje? Tragedia. Istna tragedia.
— I jaki z tego wniosek? — odbił piłeczkę w stronę Stewarda. Nachylił się ku niemu, jakby licząc, że detektywistyczny instynkt czarodzieja sam się włączy.— Na większość przyjęć...? Na większość przyjęć nie przychodzi się dla samej zabawy, a dla ludzi, którzy tam będą. — Wbił w niego wymowne spojrzenie. — Lub ludzi, którzy cię zaprosili. Jak idziesz na czyjąś ceremonię ślubną, to nie robisz tego dla samej atmosfery, czyż nie?
Nie miał problemu z przyznaniem, że gdyby nie Patrick to w ogóle by go tutaj nie było. Nawet nie dostał imiennego zaproszenia, a z tego, co zauważył, większość zaproszonych wywodziła się z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów lub nosiła nazwisko Longbottom. Chociaż z początku targały nim wątpliwości, czemu Steward zaprosił akurat jego, tak wyparowały one, gdy okazało się, że mężczyzna wcale nie rzucił go na pożarcie Brygadzistów i Aurorów, a wyłonił się z tłumu... I nawet wyprowadził go na spacer w jakieś spokojniejsze miejsce.
— Nie każdy musi być popularny — mruknął pod nosem, obracając w dłoni szklaneczkę i obserwując, jak resztki alkoholu obijają się o ścianki naczynia. — W pewnym momencie i tak nie będziesz w stanie utrzymać dwudziestu relacji, choćbyś bardzo chciał. Powinno się iść w jakość, a nie ilość, to wiele ułatwia. — Wziął mały łyczek whiskey. — To, że ktoś odmówi dwadzieścia modlitw dziękczynnych, nie oznacza, że zrozumie ich przesłanie i zacznie żałować, jeśli klepie je bez zastanowienia. Ktoś, kto się skupi i odmówi trzy, może wynieść z tego więcej. Tak już działa świat.
Wyprostował się nieoczekiwanie, gdy Neil określił ich mianem przyjaciół, jednak Patrick uprzedził go, zanim zdołał utkać chociaż jedno logicznie skonstruowane zdanie. Uśmiechnął się półgębkiem, wbijając wzrok w trawę pod nimi.
— Traktuję — odparł z cichą powagą. — Szanujesz moje granice i nie zmuszasz mnie do robienia rzeczy, których nie chce. Idziesz na ustępstwa, żebym czuł się lepiej. I nie jesteś taki... głośny jak panna Longbottom. Więc tak, jesteś moim przyjacielem.
Pracujemy razem w Ministerstwie, powtórzył, przedrzeźniając ton głosu Stewarda. W jednym zdaniu podsumował cały incydent z kryształową czaszką i otworzeniem przejścia do Limbo, jak gdyby nie operowali na granicy dwóch kompletnie odmiennych od siebie wymiarów, a co najwyżej... Porządkowali razem dokumentację międzywydziałową.
— Niedopowiedzenie roku — skomentował na słowa Patricka, posyłając mu ironiczne spojrzenie. — Pan Steward i panna Longbottom uczynili ze mnie swojego osobistego egzorcystę. Jestem ich... ostatnią deską ratunku w sprawach zaświatów.