16.03.2024, 17:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2024, 17:47 przez Vakel Dolohov.)
Słysząc „ranisz mnie”, Dolohov uniósł w górę jedną z brwi, spoglądając na Longbottoma spod zwilgotniałej od pary grzywki. Dla niego to nie była tylko kwestia Beltane, ale po prostu samego w sobie Erika - przywołana słowami o sznurze fala skojarzeń wywołała na jego plecach delikatny, zimny, tak kontrastujący z atmosferą tego miejsca dreszcz. Ten sam, kiedy po zobaczeniu jego twarzy przeczytał w gazecie ten cholerny artykuł i zaczął w głębi ducha zazdrościć kanclerzowi tego, jak ułożył się w życiu, kiedy on wciąż pozostawał pod wpływem cholernej amortencji.
- Masz wobec mnie bardzo dużo oczekiwań jak na kogoś, kogo wiążą ze mną zaproszenia z mojej strony i przypadek - zauważył, opuszczając tę brew i mrużąc oczy. Został zalany tak intensywnym potokiem słów, tak obfitym w zaczepki i podszczypnięcia, że jego pierwszą reakcją było doszukiwanie się w tym jakiegoś głębokiego podstępu i dosyć przewidywalne wrażenie bycia zwodzonym za nos zapewne nie opuści go do końca tej rozmowy, wraz z poczuciem, że najwyraźniej nieco przesadził, dobierając ostatnio i przedostatnio słowa, bo wydał się w swoim zainteresowaniu zbyt szybko. A może zbyt wolno? Bo faktycznie - minęły dwa miesiące. W te dwa, w sumie to niemal trzy miesiące jego życie załamało się w sposób niewyobrażalny.
Nie, nie miał dziś humoru. Ale wciąż był sobą. Kiedy tak stał nad tym basenem, spowity parą, z przyklapniętymi włosami i wyrazem twarzy, który być może nie wyrażał tego samego, co gdy stał na piedestale i przemawiał przed tłumem, to wciąż pozostawał czymś nienagannym. Takim, jakim chciał być - jakby wszechświat tworząc go, spędził nad nim o wiele, wiele godzin za dużo - przedobrzył. Może mieliby tu dziś jeszcze jeden gwiazdozbiór, jeszcze jeden znak zodiaku, jeszcze jeden miesiąc roku, gdyby bogowie nie poświęcili ostatniego tygodnia na dopieszczenie jego i nie zamknęli tych dodatkowych gwiazd w oczach, które teraz mierzyły młodego Longbottoma, a przynajmniej tę jego część, jaka wystawała ponad wodę. Nie był już młodym chłopakiem, ale wciąż posiadał w sobie sporo delikatności - aż za chudy, praktycznie bez owłosienia, blady, z ciałem wskazującym na to, że nie sięgnęło go nigdy widmo ryzyka ani fizycznej pracy. Był gwiazdą i naukowcem, pierwszym bardziej niż drugim, ale żadna z tych rzeczy nie wymagała od niego niczego więcej niż być pięknym i mądrym, więc był piękny i mądry - szkoda tylko, że gdyby mu to zabrać, to byłby już tylko pustą skorupą przysypaną niebotyczną ilością brokatu przykrywającą pozostałości po wyschniętej zgniliźnie.
Mógłby łączyć ich sznur. Mógłby związać go tym sznurem, tak żeby wreszcie był tą osobą, która nie mogła się ruszyć, nie mogła wymknąć mu się spomiędzy palców, nie mogła odejść tak po prostu i bawić się nim ze świadomością jak niewiele Dolohov mógł z tym zrobić i do jak wielkiej gorączki doprowadzało go cokolwiek dla niego nieosiągalnego.
- Nie nazwałbym tego okrucieństwem - powiedział, ostatecznie decydując się na wejście do wody, chociaż po tym jak się wzdrygnął, można było domyślić się o toczonej w środku walce. Brud. Brud odrzucał go bardziej niż cokolwiek innego. To nie było coś, czego się wstydził, ale nie powiedziałby tego na głos - bo szlama i błoto to były słowa kojarzone z ideologią, której Dolohov nie popierał, z którą nie chciał być kojarzony, ale której też... nie mógł się przecież publicznie przeciwstawić, bo wtedy pazurami sięgnęłaby go jego własna rodzina. - Choć i łaska jest czymś boskim - mówił dalej, zanurzywszy nagie ciało w wodzie już w połowie - bardziej boska jest zwykła obojętność na podejmowane przez innych decyzje. - Bogowie tego świata nie lubili mieszać się w sprawy śmiertelników. On sam chciał umrzeć. Vakel dałby mu na to jedynie ciche przyzwolenie.
- Jakiego dnia się urodziłeś? - Oparł się łokciem o brzeg, żeby na tej ręce oprzeć swój podbródek, pochylony w stronę Erika. Nie był szczególnie wylewny, ale zadane pytanie miało oczywisty powód, jeżeli się cokolwiek o Dolohovie wiedziało - zadał je po to, żeby go poznać. Żeby policzyć wszystko, co dało się z tego wyliczyć, porównać to z tym, co pisano o nim w gazetach. - Tylko nie mów mi, że mam zgadywać. To najczęstsza i najnudniejsza klisza, jaką słyszę.
- Masz wobec mnie bardzo dużo oczekiwań jak na kogoś, kogo wiążą ze mną zaproszenia z mojej strony i przypadek - zauważył, opuszczając tę brew i mrużąc oczy. Został zalany tak intensywnym potokiem słów, tak obfitym w zaczepki i podszczypnięcia, że jego pierwszą reakcją było doszukiwanie się w tym jakiegoś głębokiego podstępu i dosyć przewidywalne wrażenie bycia zwodzonym za nos zapewne nie opuści go do końca tej rozmowy, wraz z poczuciem, że najwyraźniej nieco przesadził, dobierając ostatnio i przedostatnio słowa, bo wydał się w swoim zainteresowaniu zbyt szybko. A może zbyt wolno? Bo faktycznie - minęły dwa miesiące. W te dwa, w sumie to niemal trzy miesiące jego życie załamało się w sposób niewyobrażalny.
Nie, nie miał dziś humoru. Ale wciąż był sobą. Kiedy tak stał nad tym basenem, spowity parą, z przyklapniętymi włosami i wyrazem twarzy, który być może nie wyrażał tego samego, co gdy stał na piedestale i przemawiał przed tłumem, to wciąż pozostawał czymś nienagannym. Takim, jakim chciał być - jakby wszechświat tworząc go, spędził nad nim o wiele, wiele godzin za dużo - przedobrzył. Może mieliby tu dziś jeszcze jeden gwiazdozbiór, jeszcze jeden znak zodiaku, jeszcze jeden miesiąc roku, gdyby bogowie nie poświęcili ostatniego tygodnia na dopieszczenie jego i nie zamknęli tych dodatkowych gwiazd w oczach, które teraz mierzyły młodego Longbottoma, a przynajmniej tę jego część, jaka wystawała ponad wodę. Nie był już młodym chłopakiem, ale wciąż posiadał w sobie sporo delikatności - aż za chudy, praktycznie bez owłosienia, blady, z ciałem wskazującym na to, że nie sięgnęło go nigdy widmo ryzyka ani fizycznej pracy. Był gwiazdą i naukowcem, pierwszym bardziej niż drugim, ale żadna z tych rzeczy nie wymagała od niego niczego więcej niż być pięknym i mądrym, więc był piękny i mądry - szkoda tylko, że gdyby mu to zabrać, to byłby już tylko pustą skorupą przysypaną niebotyczną ilością brokatu przykrywającą pozostałości po wyschniętej zgniliźnie.
Mógłby łączyć ich sznur. Mógłby związać go tym sznurem, tak żeby wreszcie był tą osobą, która nie mogła się ruszyć, nie mogła wymknąć mu się spomiędzy palców, nie mogła odejść tak po prostu i bawić się nim ze świadomością jak niewiele Dolohov mógł z tym zrobić i do jak wielkiej gorączki doprowadzało go cokolwiek dla niego nieosiągalnego.
- Nie nazwałbym tego okrucieństwem - powiedział, ostatecznie decydując się na wejście do wody, chociaż po tym jak się wzdrygnął, można było domyślić się o toczonej w środku walce. Brud. Brud odrzucał go bardziej niż cokolwiek innego. To nie było coś, czego się wstydził, ale nie powiedziałby tego na głos - bo szlama i błoto to były słowa kojarzone z ideologią, której Dolohov nie popierał, z którą nie chciał być kojarzony, ale której też... nie mógł się przecież publicznie przeciwstawić, bo wtedy pazurami sięgnęłaby go jego własna rodzina. - Choć i łaska jest czymś boskim - mówił dalej, zanurzywszy nagie ciało w wodzie już w połowie - bardziej boska jest zwykła obojętność na podejmowane przez innych decyzje. - Bogowie tego świata nie lubili mieszać się w sprawy śmiertelników. On sam chciał umrzeć. Vakel dałby mu na to jedynie ciche przyzwolenie.
- Jakiego dnia się urodziłeś? - Oparł się łokciem o brzeg, żeby na tej ręce oprzeć swój podbródek, pochylony w stronę Erika. Nie był szczególnie wylewny, ale zadane pytanie miało oczywisty powód, jeżeli się cokolwiek o Dolohovie wiedziało - zadał je po to, żeby go poznać. Żeby policzyć wszystko, co dało się z tego wyliczyć, porównać to z tym, co pisano o nim w gazetach. - Tylko nie mów mi, że mam zgadywać. To najczęstsza i najnudniejsza klisza, jaką słyszę.
with all due respect, which is none