To, że Nell nie niosła żadnej czekolady, nic jeszcze nie znaczyło. Może… Może miała ją w torbie? Ale na pewno nie zmierzała w kierunku namiotu, który zajmowała Guinevere, co też było przynajmniej zastanawiające, tym bardziej że była znacznie spokojniejsza niż jeszcze pięć minut temu, gdy w pośpiechu się stąd ulatniała. Na ile znała Nell… te pięć minut to było trochę za mało, by się w pełni uspokoiła, tym bardziej, jeśli chciała się napić kremowego piwa i zrobić zapasy w Miodowym Królestwie…
Ale już to, że nie zwróciła na nią uwagi, gdy wyszła jej naprzeciw, wywołało oburzenie w tej kociej głowie o umyśle czarownicy. Bo jak to tak, ignorować kotka? Nawet jeśli wcale nie była zwierzakiem? Dlatego zamiauczała na nią, może nawet trochę obrażona, jak z takim kocim fochem, by zwrócić na siebie uwagę. I chyba podziałało, bo Nell przestała się rozglądać i w końcu na nią spojrzała.
I jak gdyby nigdy nic sobie poszła.
Bez słowa. Bez uśmiechu. Bez nawet próby pogłaskania (co było akurat zrozumiałe, była przecież czarownicą, ale kto by się tam powstrzymywał…)! Ginewry się przecież tak nie ignoruje, dlatego nie zamierzała odpuścić, lekko obrażona i z miauknięciem niezadowolenia ruszyła za Nell.
Co, zapomniała czegoś z namiotu? I było to tak ważne, że nie raczyła się nawet wytłumaczyć, co jest grane, skoro już miała koleżankę u swoich stóp? I wtedy właśnie zobaczyła, jaką różdżkę wyciągnęła. Wiele razy widziała czarną różdżkę Bagshotówny – ale to, że mogła to być zapasowa, w ogóle jej nie przyszło do głowy. Jednak jej zachowanie, to dziwne rozglądanie, niepewność, ZIGNOROWANIE KOTA, a teraz inna różdżka…
Cóż… Szła za Nell, była za jej plecami, człapiąc cicho jak to kot, chociaż wcale nie ukrywała swojej obecności. Teraz jednak jej sylwetka wydłużyła się i rozciągnęła i za plecami niziutkiej czarownicy nie stał już kot, a czarownica z różdżką w ręku, którą trzymała po przemianie. I celowała nią w plecy Bagshot.
– Mogę w czymś pomóc? – jej głos pozbawiony był zwyczajowych ciepłych nut.