16.03.2024, 22:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2024, 22:05 przez Erik Longbottom.)
— Chciałem wesprzeć lokalny biznes — wyjaśnił Erik, próbując się jakoś wybronić. Chciał dobrze, czy to naprawdę było takie okropne? Westchnął cicho. — Wiesz, to nie jest moja wina, że w Dolinie są niższe standardy niż w mieście.
Poza tym to był bazar Lovegoodów, pomyślał przelotnie. Można tam było znaleźć najgorsze śmieci, ale i największe skarby, a każda wizyta tam była jak zakręcenie kołem fortuny. Czasem trafiło się na wspaniałomyślnych sprzedawców i dobre promocje, a innym na samych dusigroszy, którzy sprzedaliby własną matkę za parę knutów. Skrzywil się lekko. Chyba dlatego tylu czarodziejów wysługiwało się skrzatami. Gdy raz powiedział Malwie, żeby kupowała jabłka w konkretnym miejscu, to zazwyczaj trzymała się tych zaleceń. Nie dawała się zwieść ludzkiej gadaninie jak taki Erik.
— Utrata włosów byłaby zbrodnią brzemienną w bardzo niepokojące skutki — stwierdził, bo nie wyobrażał sobie nagle ściąć na zero albo jeden milimetr.
Jedyne, w czym by mu to pomogło to we wpasowaniu się do grona typków, jakich zdarzało im się aresztować po lokalnych rozgrywkach quidditcha, gdy nagle z trybun zaczynały latać cegły i uroki, mające napsuć krwi graczom, organizatorom i widowni. A z tego, co kojarzył, to Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów miało obecnie większe aspiracje niż infiltracje środowisk... kibolskich?
— O nie, nie, nie... Nie będę tak latał po Dolinie Godryka! — Pokręcił zdecydowanie głową, kategorycznie odmawiając udziału w tym przedsięwzięciu. — Wolę, żeby mnie wytykali palcami w Londynie niż na wsi. Tutaj tylko pracuję, a tam mieszkam. — Obejrzał się przez ramię w stronę uliczki prowadzącej do bezpieczniejszych rejonów magicznej dzielnicy. — Może co najwyżej wpaść do Lupinów.
Akurat im ufał bezgranicznie pod względem leków i innych medykamentów. Byli jedynymi rzemieślnikami w kraju, którzy sprzedawali Eliksir Tojadowy, toteż siłą rzeczy musiał korzystać z ich usług. Nigdy nie miał jednak najmniejszych problemów z transakcjami, nawet jeśli akurat nie mógł osobiście odebrać zestawu flakoników i prosił o to Brennę czy chociażby Malwę. Tak, odwiedzenie ich apteki, to zdecydowanie był dobry pomysł.
Domknął za nimi drzwi, na wszelki wypadek rozglądając się na odchodne na prawo i lewo, co by sprawdzić, czy nikt nie obserwował lokalu. Z drugiej strony zawsze istniały zaklęcia maskujące, jeśli to faktycznie była jakaś pułapka, to zapewne i tak nie dostrzegliby przeciwników od razu. Dołączył do Thomasa przy ladzie, trącając papierowe teczki na dokumenty czubkiem różdżki.
— Z notki jaka dotarła do biura, wynikało, że coś do niego przyszło. To znaczy, zostawiano mu coś w sklepie albo przed sklepem. A może na magazynie? — Zmarszczył brwi, żałując, że przekaz został w siedzibie Brygady Uderzeniowej. — Może tam warto sprawdzić?
Uniósł różdżkę, szepcząc pod nosem parę fraz. Wprawdzie nie oczekiwał, że znajdą tu ukrytą armię złodziei i bandytów, jednak zawsze można było spróbować.
Poza tym to był bazar Lovegoodów, pomyślał przelotnie. Można tam było znaleźć najgorsze śmieci, ale i największe skarby, a każda wizyta tam była jak zakręcenie kołem fortuny. Czasem trafiło się na wspaniałomyślnych sprzedawców i dobre promocje, a innym na samych dusigroszy, którzy sprzedaliby własną matkę za parę knutów. Skrzywil się lekko. Chyba dlatego tylu czarodziejów wysługiwało się skrzatami. Gdy raz powiedział Malwie, żeby kupowała jabłka w konkretnym miejscu, to zazwyczaj trzymała się tych zaleceń. Nie dawała się zwieść ludzkiej gadaninie jak taki Erik.
— Utrata włosów byłaby zbrodnią brzemienną w bardzo niepokojące skutki — stwierdził, bo nie wyobrażał sobie nagle ściąć na zero albo jeden milimetr.
Jedyne, w czym by mu to pomogło to we wpasowaniu się do grona typków, jakich zdarzało im się aresztować po lokalnych rozgrywkach quidditcha, gdy nagle z trybun zaczynały latać cegły i uroki, mające napsuć krwi graczom, organizatorom i widowni. A z tego, co kojarzył, to Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów miało obecnie większe aspiracje niż infiltracje środowisk... kibolskich?
— O nie, nie, nie... Nie będę tak latał po Dolinie Godryka! — Pokręcił zdecydowanie głową, kategorycznie odmawiając udziału w tym przedsięwzięciu. — Wolę, żeby mnie wytykali palcami w Londynie niż na wsi. Tutaj tylko pracuję, a tam mieszkam. — Obejrzał się przez ramię w stronę uliczki prowadzącej do bezpieczniejszych rejonów magicznej dzielnicy. — Może co najwyżej wpaść do Lupinów.
Akurat im ufał bezgranicznie pod względem leków i innych medykamentów. Byli jedynymi rzemieślnikami w kraju, którzy sprzedawali Eliksir Tojadowy, toteż siłą rzeczy musiał korzystać z ich usług. Nigdy nie miał jednak najmniejszych problemów z transakcjami, nawet jeśli akurat nie mógł osobiście odebrać zestawu flakoników i prosił o to Brennę czy chociażby Malwę. Tak, odwiedzenie ich apteki, to zdecydowanie był dobry pomysł.
Domknął za nimi drzwi, na wszelki wypadek rozglądając się na odchodne na prawo i lewo, co by sprawdzić, czy nikt nie obserwował lokalu. Z drugiej strony zawsze istniały zaklęcia maskujące, jeśli to faktycznie była jakaś pułapka, to zapewne i tak nie dostrzegliby przeciwników od razu. Dołączył do Thomasa przy ladzie, trącając papierowe teczki na dokumenty czubkiem różdżki.
— Z notki jaka dotarła do biura, wynikało, że coś do niego przyszło. To znaczy, zostawiano mu coś w sklepie albo przed sklepem. A może na magazynie? — Zmarszczył brwi, żałując, że przekaz został w siedzibie Brygady Uderzeniowej. — Może tam warto sprawdzić?
Uniósł różdżkę, szepcząc pod nosem parę fraz. Wprawdzie nie oczekiwał, że znajdą tu ukrytą armię złodziei i bandytów, jednak zawsze można było spróbować.
(Rozproszenie) Erik próbuje rozproszyć magię maskującą w lokalu x2
Rzut N 1d100 - 37
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 95
Sukces!
Sukces!
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞