To prawda, klimat był zupełnie inny. Laurent czuł się tam mimo wszystko o wiele lepiej niż na przykład w Londynie, kiedy temperatury potrafiły uderzać w przedziwnie wysokie tony. Wszędzie chyba czułby się lepiej niż... dobrze, może nie wszędzie. Świat był bardzo rozległy i były w nim dziwne miejsca. Z takimi odważnymi zdaniami należało uważać, a już szczególnie, kiedy przebywało się w towarzystwie osoby, która potrafiła bardzo gładko łapać za słówka! Nie musiała słuchać jego myśli, nie musiała przeglądać się w nim jak w lusterku, które zdradzało zbyt wiele, było zbyt wyraźne. Jeśli myślisz jedną kategorią, to potem będzie ci za łatwo przenieść tę myśl na struny głosowe. To już była prawdziwa zdrada stanu. Nie słucha cię twoje własne ciało, ba! Twój własny mózg! Brak koordynacji na punkcie myśl-ciało stanowiła poważny problem, a w niektórych przypadkach była przecież udokumentowanymi chorobami. W większości, na całe szczęście, to tylko niedopatrzenie. Tylko - albo aż. Koniec końców Laurent miał tylko swoją głowę. Swój umysł, którym mógł wykonywać ruchy, przewidywać, starać się dostrzec w ludziach wszystko, co musiał wiedzieć, zanim kroki zostały poczynione. Nie wszyscy byli prości do odczytania. Kiedy nie potrafił kogoś odczytywać zaczynał czuć, że jest na nijakiej pozycji. Bo skoro nawet umysłem nie jest w stanie dogonić osoby, z którą jest, to co mu pozostawało? Ciało go nie obroni, a nie zawsze byli obok przyjaciele i rodzina, która mogłaby mu pomóc. Nawet nie chciał, żeby ciągle byli obok. Chciał być sam - chciał sam walczyć, chciał sam podejmować swoje wyzwania. Owszem, kiedy tej pomocy potrzebował to nie wahał się zwracać do nich - w końcu wiedział, że nie ze wszystkim sobie mógł poradzić i nie było w tym niczego złego. I może to właśnie przesądziło o tym ich pierwszym spotkaniu po latach - Laurent nie potrafił dobrze złapać Guinevere i gubił się trochę w tym, na jakim miejscu się znajdował i w jaki sposób powinien się z Ginny komunikować. To wrażenie przeminęło.
- Osobą, która mogłaby tak pomyśleć, jesteś tylko - i aż - ty. Więc? Mam w tym ukryty cel? - Szarmancki uśmiech byłby może bezczelny, ale ginął na twarzy o perłowym charakterze. Jego twarz może i była zdolna do takich grymasów, ale teraz była nasycona anielską łaską - łagodnością i ciepłem, które dostawał od Ginny i które chciał jej w podzięce przekazywać zwrotnie. - Chciałabyś usłyszeć ten śpiew ponownie? - Fuego był kapryśny, ale był pewien, że zaszczyciłby ich piękną piosenką. Bo śpiewać lubił. A Laurent bardzo lubił śpiewać z nim. Różnica między nimi polegała tylko na tym, że Laurent niemal czekał, aż ktoś go poprosi o śpiewanie. Mógłby jak w tych przedstawieniach teatralnych śpiewać idąc środkiem ulicy. Złote słowa - że na niektóre rzeczy można czekać i czekać, ale się nie doczekasz. Czekanie kształtowało cierpliwość - cnotę Cesarzy, ale nie wszystko przychodziło do ciebie samo. Niektórych rzeczy (niemal wszystkim) należało dopomóc. Wychodzić naprzeciw i szukać aktywnie. Dlatego właśnie to, co powiedziała, było takie mądre. To była filozofia, którą sam ukształtował. Byle nie przesadzić. Ludzie mieli za duże skłonności do przesadzania w złych kierunkach. Chciał nawet rozwlec się nad tematem, odpowiedzieć na to zadane pytanie, ale dziewczynka, która się pojawiła, bardzo skutecznie pochłonęła ich uwagę.
- Oczywiście. Leć. - Nie było przecież niczego złego ani niebezpiecznego w szukaniu kota dziewczynki, prawda? Dlatego sam przykucnął przy niej i wyciągnął do niej uspokajająco dłoń, żeby musnąć jej malutkiej rąckzi, żeby ocenić, czy nic jej nie jest, czy się nie stało coś bardziej złego od stłuczonego kolana, ale chyba nie. Obejrzał się za kocicą, która czmychnęła na dach we wskazanym kierunku, a tam? Rzeczywiście - Mruczkens siedział sobie na starym parapecie okna poddasza. Lizał swoją łapę jakby nigdy nic i błysnął swoimi mądrymi i leniwymi ślepiami na widok innego kota. Nie było zjeżenia się, nie było żadnej wielkiej reakcji. Podniósł swój tyłek, uniósł ogon w górę i potuptał z wdziękiem w przeciwną stronę. Zupełnie jakby był w iście kocim nastroju do zabaw.
- Ludzie potrafią czarować różne rzeczy. Ale drugiego Mruczkensa nikt jeszcze nie wyczarował. - Burknęła dziewczynka cicho zwracając z powrotem na siebie uwagę Laurenta. Blondyn wyciągnął różdżkę i machnął nią, tworząc imitację kota przed nią. - Niee... to tylko czar. A Mruczkens jest jeden. Jeden jedyny. I ja tez jestem jedna. I pan jest jeden.