17.03.2024, 11:38 ✶
Betty nie spuszczała oczu z wahadła. Wciąż miała je nieco zamglone, nieobecne. Kiwnęła jednak głową na znak, że się zgadza. Dopiero wtedy oderwała wzrok od narzędzia. Nie wyrwała się spod hipnozy, Robert miał nad nią całkowitą kontrolę. Kobieta wstała z fotela, aż skrzypnęły sprężyny i chyba uniosło się trochę kurzu w powietrze. Tym razem jednak wydawało się, że Betty poruszała się odrobinę szybciej. Możliwe że to za sprawą tego, że jej mózg nie dopuszczał do siebie informacji o bolącym biodrze. Albo wcześniej robiła to specjalnie, żeby w jakiś sposób pokazać Robertowi, że to on jest u niej gościem. Cóż... Przeliczyła się.
- Betty pójdzie, pan pójdzie za nią - powiedziała, ruszając nieco szybciej w stronę klapy w podłodze. Nie miała najmniejszego problemu z odsunięciem starego, cienkiego dywanika i podniesienia jej różdżką. Zejście było dość strome, ale najwyraźniej pomyślała o tym, by dodać poręcz, której mogła się trzymać. Nie była aż taka głupia. Oświetliła sobie drogę różdżką i zeszła na dół, ostrożnie stawiając stopy. Schody nie były stare - nie skrzypiały przy każdym ruchu. Wyglądały na dość nowe, zadbane, w przeciwieństwie do reszty niewielkiej piwnicy. Trzy z czterech ścian były zastawione regałami, pełnymi słoików, pudełek i skrzyneczek. Do jednej z takich skrzyneczek podeszła starucha. Mruczała coś pod nosem, mlaszcząc za każdym razem, gdy orientowała się, że to nie to, czego szuka. Trwało to znowu - nieznośnie długo. Ale w końcu się udało, Betty uchyliła wieko i wyciągnęła pękatą fiolkę, w której znajdowało się... Coś. Płyn o barwie błota i zgnilizny. Była dość spora, wielkości pięści. - Betty przejdzie przez przejście i wrzuci smrodek. Pan musi wejść albo drzwiami, albo jako pierwszy tędy i się ukryć. Od tego łzawią oczy i ciężko się oddycha.
Poinformowała Roberta, odwracając się w jego kierunku. Czwarta ściana, przy której stali, zadrżała, gdy starucha rzuciła zaklęcie rozpraszające. Oczom Mulcibera ukazało się przejście - wyglądało na to, że dwie piwnice były połączone ze sobą, ale ktoś kiedyś postanowił je zamurować. I potem rozwalił kilka cegieł tak, żeby zrobić malutki korytarzyk. Był ciemny, wąski, ale Robert powinien się zmieścić. Musiałby się tylko mocno przeciskać.
- Betty pójdzie, pan pójdzie za nią - powiedziała, ruszając nieco szybciej w stronę klapy w podłodze. Nie miała najmniejszego problemu z odsunięciem starego, cienkiego dywanika i podniesienia jej różdżką. Zejście było dość strome, ale najwyraźniej pomyślała o tym, by dodać poręcz, której mogła się trzymać. Nie była aż taka głupia. Oświetliła sobie drogę różdżką i zeszła na dół, ostrożnie stawiając stopy. Schody nie były stare - nie skrzypiały przy każdym ruchu. Wyglądały na dość nowe, zadbane, w przeciwieństwie do reszty niewielkiej piwnicy. Trzy z czterech ścian były zastawione regałami, pełnymi słoików, pudełek i skrzyneczek. Do jednej z takich skrzyneczek podeszła starucha. Mruczała coś pod nosem, mlaszcząc za każdym razem, gdy orientowała się, że to nie to, czego szuka. Trwało to znowu - nieznośnie długo. Ale w końcu się udało, Betty uchyliła wieko i wyciągnęła pękatą fiolkę, w której znajdowało się... Coś. Płyn o barwie błota i zgnilizny. Była dość spora, wielkości pięści. - Betty przejdzie przez przejście i wrzuci smrodek. Pan musi wejść albo drzwiami, albo jako pierwszy tędy i się ukryć. Od tego łzawią oczy i ciężko się oddycha.
Poinformowała Roberta, odwracając się w jego kierunku. Czwarta ściana, przy której stali, zadrżała, gdy starucha rzuciła zaklęcie rozpraszające. Oczom Mulcibera ukazało się przejście - wyglądało na to, że dwie piwnice były połączone ze sobą, ale ktoś kiedyś postanowił je zamurować. I potem rozwalił kilka cegieł tak, żeby zrobić malutki korytarzyk. Był ciemny, wąski, ale Robert powinien się zmieścić. Musiałby się tylko mocno przeciskać.