17.03.2024, 15:31 ✶
Mógł być nietrzeźwy, ale wcale nie kłamał kiedy mówił, że to było całkowicie w porządku, gdyby został porzucony na tej plaży. Nie przerażała go ani wizja choroby, ani zadławienia się wymiocinami, które w scenariuszu, jaki napisał dla nich Laurent, ostatecznie skończyły na nim. Piwo było alternatywą, jakiej potrzebował, żeby zasnąć, bo wiedział, że jeżeli nie odstawi na jakiś czas smacka, to zdechnie prędzej niż później, ale tak naprawdę niewiele w tym było poszanowania dla własnego życia - jaka to różnica, czy został wciągnięty do wody przez śpiew selkie, czy wpadł do niej, bo był idiotą - wszystko co się tam wydarzyło, wszystko, co zostało powiedziane, a nie powinno, to była tylko i wyłącznie jego zasługa.
Nie zasłużył sobie na to, żeby spać tej nocy tak spokojnie. Ze snu podtrzymywanego kolejną z piosenek nie wyrwało go absolutnie nic - ani dotyk, ani obecność kogoś obcego - po prostu obudził się rano w miejscu pachnącym czystością i jego pierwsze skojarzenie było dosyć oczywiste - sięgnął ręką po swojej lewej stronie, ale natrafił tam tylko na pościel. Pomyślał więc: znowu wyszedł do pracy bez budzenia mnie, ale później otworzył oczy i uderzyła w niego ta pieruńska jasność, która na kilka sekund go oślepiła. To nie było mieszkanie Bletchleya. Podniósł się do siadu i zamrugał, rozglądając się wokół i wymieniał w głowie innych ludzi, do których mógł iść na noc. Nic. Absolutnie nikt nie pasował do tego wnętrza. Dopiero kiedy przyzwyczaił się do tej jasności, mógł dostrzec siedzącego na tarasie Laurenta. Sceny poprzedniej nocy powoli do niego wracały i być może powinien się tym przejąć, ale niezależnie od wszystkiego musiał się najpierw odlać, bo to właśnie przywołało go do świata żywych i szczerze za to dziękował - na litość boską, pomijając oczywisty fakt, że to było czyjeś łóżko, to miał na sobie skórzane spodnie. Jeżeli uwagi Prewetta nie zwróciło uwagi to, jak niezgrabnie stoczył się na ziemię i zupełnie ignorując to, pognał w poszukiwaniu łazienki, to musiał zrobić to spazmatyczny kaszel palacza i to jak głośno odcharknął i splunął mu do wypucowanego zlewu. Dlaczego to wszystko musiało być takie absurdalne?
I dlaczego wszystko musiało go boleć?
Odpowiedź na fizyczny ból zawsze była taka prosta - jego myśli były od razu przejmowane przez to, co obiecał sobie odstawić - ale nawet gdyby miał przy sobie cokolwiek, to i tak zniszczyłaby to słona, morska woda. Nie mógłby już tego wziąć. No dobra, mógłby. O ile byłby wystarczająco zdesperowany, a nie był.
Spłukał to, przejechał dłonią po zmęczonej, bladej twarzy i wyszedł z łazienki. Nie spojrzał w lustro ani razu, bo w gruncie rzeczy nie chciał się widzieć... Wystarczyło przejechać palcami po włosach, żeby wiedzieć, jak bardzo były poplątane. Powinien dopisać to jako kolejny z powodów, dlaczego o wiele bardziej wolał golić głowę na krótko.
Normalnie położyłby się znowu i spał jeszcze kilka dobrych godzin, ale dobrze wiedział, że to nie jest najlepszy pomysł, na jaki dało się wpaść. Poszukał więc swojej kurtki i postanowił się stąd zmyć. Mógł odespać resztę tych godzin w samochodzie, tak jak to pierwotnie planował, a w czym przeszkodziła mu siedząca nieopodal księżniczka na włościach. Co miał w ogóle do niego powiedzieć...? Dziękuję? Nigdy niczego od niego nie oczekiwał. Przepraszam powiedział już raz. W jego opinii o jeden raz za dużo. Powitanie brzmiałoby, jakby istniała w nim choćby iskra chęci zostania tutaj dłużej. Pożegnanie... Nagle zdał sobie sprawę z tego, że kiedy tak wymienia w głowie te wszystkie opcje, czas wokół niego mija. Stał tak w bezruchu, z dłonią zaciśniętą na materiale, z grzywką opadającą mu na pół gęby, wpatrując się w tę szybę, pozostawiając za sobą rozmemłaną pościel i znów bez sensu rozmyślał nad tym co powiedzieć, zupełnie jakby z góry nie wiedział, że jak zawsze nie odezwie się wcale. Po naprawdę długim czasie stania tam jak kompletny ciołek, wyszedł na świeże powietrze. I ponownie - najwyraźniej nie radził z nim sobie, bo za mocno przywykł do smoły i dymu miasta, zaczął kaszleć.
- Kurwa - burknął, łapiąc po tym oddech i przetarł usta przedramieniem, którym wcześniej zasłaniał je, żeby nie nakaszleć Prewettowi do kawy.
Nie zasłużył sobie na to, żeby spać tej nocy tak spokojnie. Ze snu podtrzymywanego kolejną z piosenek nie wyrwało go absolutnie nic - ani dotyk, ani obecność kogoś obcego - po prostu obudził się rano w miejscu pachnącym czystością i jego pierwsze skojarzenie było dosyć oczywiste - sięgnął ręką po swojej lewej stronie, ale natrafił tam tylko na pościel. Pomyślał więc: znowu wyszedł do pracy bez budzenia mnie, ale później otworzył oczy i uderzyła w niego ta pieruńska jasność, która na kilka sekund go oślepiła. To nie było mieszkanie Bletchleya. Podniósł się do siadu i zamrugał, rozglądając się wokół i wymieniał w głowie innych ludzi, do których mógł iść na noc. Nic. Absolutnie nikt nie pasował do tego wnętrza. Dopiero kiedy przyzwyczaił się do tej jasności, mógł dostrzec siedzącego na tarasie Laurenta. Sceny poprzedniej nocy powoli do niego wracały i być może powinien się tym przejąć, ale niezależnie od wszystkiego musiał się najpierw odlać, bo to właśnie przywołało go do świata żywych i szczerze za to dziękował - na litość boską, pomijając oczywisty fakt, że to było czyjeś łóżko, to miał na sobie skórzane spodnie. Jeżeli uwagi Prewetta nie zwróciło uwagi to, jak niezgrabnie stoczył się na ziemię i zupełnie ignorując to, pognał w poszukiwaniu łazienki, to musiał zrobić to spazmatyczny kaszel palacza i to jak głośno odcharknął i splunął mu do wypucowanego zlewu. Dlaczego to wszystko musiało być takie absurdalne?
I dlaczego wszystko musiało go boleć?
Odpowiedź na fizyczny ból zawsze była taka prosta - jego myśli były od razu przejmowane przez to, co obiecał sobie odstawić - ale nawet gdyby miał przy sobie cokolwiek, to i tak zniszczyłaby to słona, morska woda. Nie mógłby już tego wziąć. No dobra, mógłby. O ile byłby wystarczająco zdesperowany, a nie był.
Spłukał to, przejechał dłonią po zmęczonej, bladej twarzy i wyszedł z łazienki. Nie spojrzał w lustro ani razu, bo w gruncie rzeczy nie chciał się widzieć... Wystarczyło przejechać palcami po włosach, żeby wiedzieć, jak bardzo były poplątane. Powinien dopisać to jako kolejny z powodów, dlaczego o wiele bardziej wolał golić głowę na krótko.
Normalnie położyłby się znowu i spał jeszcze kilka dobrych godzin, ale dobrze wiedział, że to nie jest najlepszy pomysł, na jaki dało się wpaść. Poszukał więc swojej kurtki i postanowił się stąd zmyć. Mógł odespać resztę tych godzin w samochodzie, tak jak to pierwotnie planował, a w czym przeszkodziła mu siedząca nieopodal księżniczka na włościach. Co miał w ogóle do niego powiedzieć...? Dziękuję? Nigdy niczego od niego nie oczekiwał. Przepraszam powiedział już raz. W jego opinii o jeden raz za dużo. Powitanie brzmiałoby, jakby istniała w nim choćby iskra chęci zostania tutaj dłużej. Pożegnanie... Nagle zdał sobie sprawę z tego, że kiedy tak wymienia w głowie te wszystkie opcje, czas wokół niego mija. Stał tak w bezruchu, z dłonią zaciśniętą na materiale, z grzywką opadającą mu na pół gęby, wpatrując się w tę szybę, pozostawiając za sobą rozmemłaną pościel i znów bez sensu rozmyślał nad tym co powiedzieć, zupełnie jakby z góry nie wiedział, że jak zawsze nie odezwie się wcale. Po naprawdę długim czasie stania tam jak kompletny ciołek, wyszedł na świeże powietrze. I ponownie - najwyraźniej nie radził z nim sobie, bo za mocno przywykł do smoły i dymu miasta, zaczął kaszleć.
- Kurwa - burknął, łapiąc po tym oddech i przetarł usta przedramieniem, którym wcześniej zasłaniał je, żeby nie nakaszleć Prewettowi do kawy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.