Tak, tylko ona mogła tak pomyśleć. Nie dlatego, że tylko dla niej się wysilał, że tylko ona przykuła jego oko i złapała jego uwagę - był zbyt tani, żeby się tym obnosić, prawda? Tu i teraz była tylko ona jedna i to pozostawało faktem. Tylko do niej się uśmiechał i tylko z nią rozmawiał. Tylko ona mogła go usłyszeć, więc tylko ona mogła sobie pomyśleć wszystkie te rzeczy... o czymkolwiek teraz myślała. Mało tutaj było wielkiej subtelności. Kiedy dama przyjmowała twoje anonse to nie trzeba się było nimi za bardzo przejmować, prawda? Skoro jest chętna, skoro odpowiada i czerpie z tego równą przyjemność.
Kot był bardzo zadowolony w ramionach kobiety. Mruczał i dawał się głaskać, a jego pysk cieszył się z sugestią, że poczucie winy jest mu obcą domeną. Albo niekoniecznie przejmuje się tym, co jest do niego mówione. W takiej formie trafił do nich - do Laurenta i dziewczynki, którą Laurent próbował podpytać o imię, ale dowiedział się, że "nie można takich rzeczy mówić obcym". Właściwie to czy niedobrze, że miała takie przekonanie? Blondyn nie chciał z nim walczyć a tym bardziej przekomarzać się z dzieckiem, które dopiero uspokoiło się ze swojego płaczu i nieszczęścia. Chciał się tylko spytać: "co robisz tak daleko od domu". Tylko właściwie gdzie był jej dom? Może był blisko - może wystarczyło przejść na Nocturn. Nie wyglądała na dziecko otoczone srebrną zastawą i winogronami w pięknych szkłach. Nie wyglądała też jednak na dziecko, które zdecydowanie za wiele przeszło jak na swój wiek.
- Nie, nie trzeba! Jak mam Pana Mruczkensa to jestem zdrowa. - Złapała kota w swoje ramiona i przyciągnęła do siebie, przytuliła mocno. Kot wydawał się absolutnie zachwycony - zwisał z jej rąk jak zwłoki, tak jak niby żaden kot nie powinien pozwalać sobie na łapanie. Ale ewidentnie dziewczynka mogła z nim zrobić to, co jej się tylko żywnie podobało.
- Oj nie, młoda panno. Proszę tutaj siedzieć, dopóki pani nie zrobi porządku z twoim kolanem. - Zawyrokował Laurent, przyjmując pouczający i bardziej stanowczy ton. Brakowało tylko, żeby pomachał przed nosem księżniczki palcem w ramach ostrzeżenia, że ma być grzecznym dzieciątkiem i nie wymyślać. A po tym zjeść zupę z brukselek, czy coś w ten deseń. - Żadnego "ale", przypilnuję dla ciebie Pana Mruczkensa. - Ostrzegł, kiedy już naburmuszona dziewczynka chciała coś powiedzieć i strzelała swoje minki. Ale potulnie oddała kociaka w ręce blondyna i pozwoliła, żeby Ginny doprowadziła jej nieco obdartą skórę do porządku. - Widzisz? To nie jest takie straszne. - Pamiętał, jak jego kuzyn, Atreus, zawsze robił na przekór Florence i wkładał łapy tam, gdzie nie powinien, robił rzeczy, które nie mieściły się w głowie, a potem zawsze uciekał przed starszą kuzynką.
Dziewczynka dała się opatrzeć, chociaż nie obyło się bez syków i "ała", chociaż Ginny nawet jej nie dotykała. Ktoś, kto ich mijał, uśmiechnął się ciepło i między dwójką kobiet doszło do cichego wymiana zdań, że "znowu pewnie goniła za tym dzikim kotem". Laurent obejrzał się na obie panie tylko na moment, które obróciły się w ich kierunku i posłał czarujący uśmiech, doprowadzając je do chichotu i przyśpieszenia kroku. Oddał dziewczynce kota dopiero, kiedy Ginny skońćzyła.
- Dziękuję! - Uśmiechnęła się promiennie i pobiegła z przytulonym do siebie kotem w jedną z alejek.
- To twoja zwyczajowa praktyka? Łapanie cudzych kotów? - Zażartował sobie, bo nie tego dotyczył ten mały problem, jaki tutaj napotkali. Tu chodziło o dziewczynkę. O tym, jaka była smutna, jak zapłakana. Jak zapłakane wydawało się miejsce, w którym się z tym kotem ganiała? Tamta uliczka prosiła się aż o to, żeby dobrzy ludzie dostali tam dosłowną kosę pod żebra. Dzieci w takie miejsca nie powinny chodzić. - Jest coś nostalgicznego w myśli, że te kilkanaście lat temu sami biegaliśmy po uliczkach naszych miast goniąc za kotem czy papierowym samolocikiem. - Tak, nawet Laurent miał okazję tak pobiegać. Za głupim samolocikiem z papieru, bo nie było pieniędzy na nic więcej.