Pierwsza reakcja należała do psa. Jarczuk postawił swoje uszy w sztorc i uniósł łeb, kiedy tylko usłyszał ruch za rozchylonymi drzwiami tarasu. Tam, wewnątrz domu, w którym czasem nocowali goście, to prawda. Raczej jednak żaden z tych gości nie bywał W TAKIM stanie. Nie śmierdział tak, nie był wleczony ledwo stojąc na nogach. Anomalia, jaką stał się Fleamont w życiu Dumy był wystarczająco mocnym odstępstwem od normy, żeby go sobie zapamiętał. Ten smród fajek pomieszany z morzem i alkoholem, który z niego wyzierał. Potem był dopiero Laurent, który delikatnie obejrzał się przez ramię, kiedy głośniejszy tupot zapędził jego "gościa" (że tak ładnie go nazwiemy) do łazienki. Na szczęście nie musiał szukać długo. Wypadł z sypialni prosto do głównego pomieszczenia stanowiącego połączenie salonu, kuchni i jadalni. Po prawej te rozchylone drzwi na taras, przejrzyste, białe firany ciągnące się prawie od sufitu do podłogi, unoszone delikatnymi powiewami wiatru jak oddechem. Po lewej - korytarz. Tam drzwi, rzeczywiście. Jedne prowadzące do jakiegoś biura - nie, to nie to. To znaczy szafki i biurko też można osikać, ale chyba nie taki był cel. Drugie, niemal naprzeciwko - łazienka. Oczywiście, że wypucowana. Wszystko w tym domu było czyste, bo skrzacie oczy pilnowały tak brudu, jak i z kąta przyglądały się biegowi Flynna, który chyba właśnie rozważał, czy jeszcze raz uda mu się zwymiotować po wczorajszym tripie, czy jednak jego żołądek podoła postawionemu zadaniu. Tak właśnie niszczyli się ludzie. Przez to, że było im wszystko jedno, co się z nim stanie. Za dużo bólu, za dużo myśli, wszystkiego było za dużo.
Chyba powinienem wstać... Gdyby to był chyba każdy inny człowiek to wstałby, poszedłby, zapukał w drzwi. Albo nie, najpierw poszedłby po ręcznik, żeby go podać. Zapytał, czy nie potrzeba mu herbaty, czy w ogóle czegokolwiek mu nie potrzeba, że może zostać, że w takim stanie nie powinien nigdzie iść. Powiedziałby, że może go odwieźć dokądkolwiek zechce, że nie ruszał jego samochodu. Poszukałby jakiejś koszuli na przebranie, bo jakoś wczorajszego dnia nie chciał go rozbierać i przebierać - jeszcze tego by brakowało w tym wszystkim. Powinien - taka była jego teoria. Odetchnął cicho, przymknął powieki i opuścił głowę na Dumę, który był o wiele bardziej zaaferowany całą sytuacją niż on sam. Poprawił wyszywane na kwiecisty wzór ramiączko koszuli nocnej, poprawił siebie samego w końcu na wiklinowym fotelu wyłożonym miękkimi poduszkami, na których się niemal zapadał. Nie słyszał większych ruchów ze środka, chociaż nasłuchiwał. O wiele mniej czujnie od uszu i złotych ślepi jarczuka, który widział w Edgu potencjalny cel, ale zwracał uwagę na bodźce otoczenia. Niewiele je zagłuszało. Za to bardzo wiele potrafiło zagłuszyć myśli. Na przykład o tym, czemu jednak nie wstaje. Dlaczego zostawiał go samemu sobie. Jeśli coś mu się stanie? Zasłabnie tam? Jeśli źle się poczuł, może potrzebuje pomocy? Mdliło go od swoich własnych myśli, dlatego przekierowywał je. Zwrócił się w stronę pewności, że jeśli zaraz czarnowłosy się nie pokaże, albo nie usłyszy trzasku drzwi wyjściowych (zakluczonych, ale cóż to za problem dla Crowa) to naprawdę wstanie. To poruszenie się było pierwszym do tego przygotowaniem. Spojrzał na własne nogi, wyciągając jedną z nich i odkrył, że nieco przeszły go dreszcze od zimna poranka. Bardzo otrzeźwiającego, a po wczorajszej kąpieli i posiedzeniu na plaży w tym wiatrzysku jakoś to tutaj wcale nie zmrażało do kości. Oparł stopę na wielkim cielsku psa, które dla miłej odmiany było przyjemnie ciepłe. Jakoś w tym momencie drzwi się otworzyły szerzej, a Duma napiął, od razu zmieniając swoją pozycję. Przysiadł i cicho, gardłowo szczeknął, co nawet zatonęło w tych szczeknięciach, którymi zanosił się Flynn, a które doprowadziły do tego, że Laurent niemal z przestrachem odsunął się na bok swojego fotela i odsunął kawę na bezpieczną odległość.
- Błagam, tylko nie rzygaj znowu. - Jęknął jako pierwsze, co w ogóle przyszło mu do głowy. Ze wszystkich rzeczy, które powinien powiedzieć, żeby spełnić swoją rolę gospodarza, poprzez idealne wrażenie, jakie powinien robić jako jedyny syn Edwarda Prewetta powiedział właśnie to. TO. Przyłapał się na tym trochę za późno - już słowa padły. Stało się jednak jasne (w miarę jasne?), że to tylko kaszel. Albo AŻ kaszel. Naprawdę dopadło go przeziębienie..? Gorączka wydawała się zejść w nocy... - Leżeć, Duma... - Przesunął nogą po karku zwierzęcia i trochę go zaczął dociskać do ziemi, żeby namówić to stworzenie, potocznie zwane psem, do ułożenia się znów. Potocznie, bo jarczuk przypominał wielkością małego konia, a nie psa domowego. Z niezadowolonym burknięciem Duma się położył, ale ani myślał kłaść swojego wielkiego łba ze ślepiami wbitymi we Flynna. Laurent z zadowoleniem wrócił na niego swoimi stópkami. - Tak. Mi też "dzień dobry", Crow. - Powstrzymał się przed skrzywieniem. Dumał nad tym prawie całą noc. Dlaczego taki człowiek rzuca takimi obelgami, a jednocześnie chwilę wcześniej chce cię przelecieć bez względu na cenę. Odpowiedź na jego dziwne zaloty, na jego dziwne hasła, jakimi rzucał, na jego mądrości. I znalazł na to odpowiedź. Flynnowi nie wadziło bycie wielbionym ani nienawidzonym. Jemu wadziła obojętność wobec swojej osoby. Uniósł na tego człowieka jasne, niebieskie oczy. - Dobrze byś wyglądał pod moimi nogami zamiast mojego jarczuka, gdybyś tylko był w lepszej kondycji. - Odsłonił swój kubek i odstawił go na blat. Nie rzygaj - ani fizycznie, ani słowem. - Zapewne nie mam co pytać o twoje samopoczucie, bo rzucisz jakimś wymyślnym, dziecinnym komentarzem?