18.03.2024, 00:06 ✶
Wdzięczny był jej za to, że potrafiła wstrzymać się od komentarzy w związku z ich poplątaną rodzinną sytuacją; przez cały czas zastanawiał się jednak, czy wynikało to z profesjonalnego podejścia do biznesu (którego odmówić jej nigdy nie mógł, bez względu na to, jak źle mówił o Eden jako nastolatek - oczywiście w ramach męskiej solidarności z Elliottem, bo prywatnie nigdy nic do niej nie miał; nie ośmieliłby się w ogóle mieć!), czy też braku zainteresowania krzywdą (podobno propozycja przygotowania kąpieli i nalania wina to przemoc) swej młodszej siostry. Ostatecznie doszedł do wniosku, że im mocniej się tym interesuje, tym bardziej uciążliwy staje się ucisk w jego skroniach zwiastujący migrenę, zatem postanowił odpuścić dywagacje na temat odczuć bliźniaczki swego przyjaciela.
— Och... A to szkoda — westchnął przeciągle, nieco teatralnie — Bo ja na przykład bardzo lubię z tobą przebywać, Eden!
Nie od dziś przecież wiadomo, że Perseus miał pewne masochistyczne zapędy, skłaniające go do pakowania się w sytuacje, które mogłyby skończyć się płaczem. Jego płaczem, oczywiście. Niekiedy można było odnieść wrażenie, że celowo wkłada swoją laskę między szprychy rowerka zwanego życiem. Chciał być zabawny, a wyszło jak zwykle; śmiano się z niego, a nie z nim.
— William, oczywiście, obstawiał, że przyjdę? — uśmiechał się szelmowsko, jak zwykle zresztą, gdy chciał ukryć skrępowanie, lecz ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że nie był przekonany słuszności swoich słów. Nie miał jednak czasu się nad tym roztkliwiać, bowiem brama ustąpiła ze zgrzytem, a jego oczom ukazał się ogród - duży, choć teraz odstraszający nagimi gałęziami drzew oraz krzewów - głównie różanych, jak zdążył zauważyć Perseus. Z jakiegoś powodu pomyślał, że Vesperze by się tu spodobało. Ale dlaczego to właśnie jej sylwetka zamajaczyła w jego głowie - tego nie potrafił odpowiedzieć.
Uśmiechnął się tylko do Eden w odpowiedzi na jej zaproszenie i ruszył brukowanym podjazdem w stronę domu stojącego kilkadziesiąt metrów dalej. Chociaż słowo dom było tu dużym niedopowiedzeniem; dla niego był to przecież najprawdziwszy pałacyk (ale Black wychował się na Grimmauld Place, zaczarowanej szeregówce w mugolskiej dzielnicy - on posiadłość Malfoyów uważał za twierdzę)!
— Och, rzeczywiście ma swoje lata. Epoka wiktoriańska? Edwardiańska? — dopytał, przyglądając się wieżyczkowemu wykuszowi i zdobionym zewnętrznym ramom okiennym. I... Och... Czy to nie glicynia porastała południową ścianę domu? — To ten z sześcioma sypialniami, tak? Dwie z oknami na południe, dwie na północ i po jednej na wschód i zachód?
Starał się brzmieć neutralnie i zadawać rzeczowe pytania, ale zdradzał go uśmiech i blask w ciemnych oczach - nawet jeśli posiadłość okazałaby się w środku ruiną (swoją drogą, czy Eden myślała o tym, by kupować domy za bezcen od schorowanych starszych ludzi bez rodziny, remontować je, a potem sprzedawać za mocno zawyżoną cenę? To brzmiało jak świetny biznes), on był już zdecydowany. A jeszcze nawet nie zajrzał do środka!
— Och... A to szkoda — westchnął przeciągle, nieco teatralnie — Bo ja na przykład bardzo lubię z tobą przebywać, Eden!
Nie od dziś przecież wiadomo, że Perseus miał pewne masochistyczne zapędy, skłaniające go do pakowania się w sytuacje, które mogłyby skończyć się płaczem. Jego płaczem, oczywiście. Niekiedy można było odnieść wrażenie, że celowo wkłada swoją laskę między szprychy rowerka zwanego życiem. Chciał być zabawny, a wyszło jak zwykle; śmiano się z niego, a nie z nim.
— William, oczywiście, obstawiał, że przyjdę? — uśmiechał się szelmowsko, jak zwykle zresztą, gdy chciał ukryć skrępowanie, lecz ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że nie był przekonany słuszności swoich słów. Nie miał jednak czasu się nad tym roztkliwiać, bowiem brama ustąpiła ze zgrzytem, a jego oczom ukazał się ogród - duży, choć teraz odstraszający nagimi gałęziami drzew oraz krzewów - głównie różanych, jak zdążył zauważyć Perseus. Z jakiegoś powodu pomyślał, że Vesperze by się tu spodobało. Ale dlaczego to właśnie jej sylwetka zamajaczyła w jego głowie - tego nie potrafił odpowiedzieć.
Uśmiechnął się tylko do Eden w odpowiedzi na jej zaproszenie i ruszył brukowanym podjazdem w stronę domu stojącego kilkadziesiąt metrów dalej. Chociaż słowo dom było tu dużym niedopowiedzeniem; dla niego był to przecież najprawdziwszy pałacyk (ale Black wychował się na Grimmauld Place, zaczarowanej szeregówce w mugolskiej dzielnicy - on posiadłość Malfoyów uważał za twierdzę)!
— Och, rzeczywiście ma swoje lata. Epoka wiktoriańska? Edwardiańska? — dopytał, przyglądając się wieżyczkowemu wykuszowi i zdobionym zewnętrznym ramom okiennym. I... Och... Czy to nie glicynia porastała południową ścianę domu? — To ten z sześcioma sypialniami, tak? Dwie z oknami na południe, dwie na północ i po jednej na wschód i zachód?
Starał się brzmieć neutralnie i zadawać rzeczowe pytania, ale zdradzał go uśmiech i blask w ciemnych oczach - nawet jeśli posiadłość okazałaby się w środku ruiną (swoją drogą, czy Eden myślała o tym, by kupować domy za bezcen od schorowanych starszych ludzi bez rodziny, remontować je, a potem sprzedawać za mocno zawyżoną cenę? To brzmiało jak świetny biznes), on był już zdecydowany. A jeszcze nawet nie zajrzał do środka!
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory