17.03.2024, 18:48 ✶
Jednak ten porządek w mojej przyczepie, był jedynie powierzchowny. Zdecydowanie się zmieszałem, może nieco nawet zaczerwieniłem, kiedy ujrzałem ten feralny sos na jednym z najważniejszych pozwoleń. Teraz nawet nie byłem w stanie stwierdzić, czy wina jego zaistnienia leżała po mojej stronie, Flynna czy jeszcze innej duszy, która przemknęła przez tę przyczepę, bo jakby nie patrzeć, każdy miał do niej dostęp, a z tego, co się dowiadywałem po fakcie, to lubiły się w niej dziać niestworzone rzeczy. Zarówno przy mojej obecności, jak i bez niej.
- Ach, wybacz... Musiałem zrobić tę plamę podczas jednego z tych intensywnych dni, gdzie ślęczałem nad nimi od samego rana... - przyznałem, drapiąc się po głowie. Zdecydowanie zakłopotany. Nie wiedziałem czyja to sprawka, więc brałem to w pełni na siebie. - [b[Ale tak, pani Amanda Jenkins...[/b] - potwierdziłem również zaraz, bo jednak pozwolenie na rozłożenie tu cyrku i całego inwentarza jednak wymagała takich rzeczy jak pozwolenia. Nawet nie jedno, ale ich kilka jako że była to dzielnica mugolska, to już w ogóle nie mały galimatias, ale przy galeonach mogliśmy również zarabiać funty, więc... to z pewnością będą te owocniejsze miesiące.
Cóż, zamknąłem mordkę by pozwolić Bren sprawdzać resztę papierów. Segregatory, kartony. Miałem trochę tego. Gdyby ktoś tego ode mnie wymagał, to miałem jeszcze kufer pełen papierów, danych, jeszcze z czasów mojego poprzednika.
- Beastie, nie wiedziałem, że masz ambicje do zarządzania tym pierdolnikiem... Będę o tym pamiętał - rzuciłem do niej przy okazji, skoro było jej szkoda, że tylko na czas kontroli przejmuje za mnie władzę. Łyknąłem nieco spokojniejszy kawy. Z doświadczenia wiedziałem, że nie każdy sprawdzał się w roli lidera, ale Fiery bywała odpowiedzialna, więc kto wie? Może jeszcze kiedyś to powtórzę? Tymczasem chyba mieliśmy kolejne tarapaty. Świadczyły o tym słowa Brenny, których kompletnie nie rozumiałem.
Przejąłem kartkę od Longbottom, żeby jej się przyjrzeć. Od razu rozpoznałem pismo Flynna, ale tak do końca nie ogarniałem, co on tam wyliczał. Był w tym zdecydowanie lepszy niż ja, więc przemknąłem wzrokiem tylko po zapisanych hasłach i w jednym momencie wciągnąłem powietrze ze świstem. Może jednak powinienem dziękować wszechświatowi, Boginię Matkę całować po stopach, że to Brenna okazała się nas sprawdzać.
- Och, nie zawracaj sobie tym głowy. Miałem ostatnio tu... niemały bałagan z dokumentami, właściwie ich niekontrolowany wybuch. Zmieszały się z wyliczeniami mojego... Fleamonta. Współlokatora. On bardzo lubi liczyć, a jak się nudzi, to właśnie liczy takie... hmm... głupoty. Wcale nie zamierza nikogo zabijać - odparłem, choć nie byłem tego taki pewny. Tyle razy mówił o swoich możliwościach, plus o tym zniknięciu wkrótce, że wszystkiego mogłem się po nim spodziewać. Niestety. - Ma po prostu bogatą wyobraźnię, ale to z tej artystycznej strony... Nie jest terrorystą, a my nie jesteśmy żadnymi też bojownikami. Staramy się żyć w przyjaźni z sąsiadami. Może ze Śmierciożercami nie, ale... Po prostu się w to nie mieszamy. Znaczy... jesteśmy przeciw ich agresji, ale... Po prostu się nie wychylamy...? - odpowiedziałem nieco zestresowany, uśmiechając się nieco, ale był to raczej uśmiech paniki. Flynn... Fajnie, że pakował mnie w takie polityczne tarapaty, kiedy chciałem szybkiej i przyjemnej kontroli. Szybkiej i przyjemnej... Chyba kontrole nigdy takie nie były.
- Jeśli mógłbym cie prosić... po prostu o zapomnienie tej kartki i innych jej podobnych...? - poprosiłem naprawdę czarująco mile. Co prawda, nie zamierzałem Bren kokietować, bo byliśmy raczej jak te znajomki, co mogą razem konie kraść... Ale to tak kraść bez łamania prawa, czyż nie? Po prostu... pożyczyć? Te konie w sensie.
- Ach, wybacz... Musiałem zrobić tę plamę podczas jednego z tych intensywnych dni, gdzie ślęczałem nad nimi od samego rana... - przyznałem, drapiąc się po głowie. Zdecydowanie zakłopotany. Nie wiedziałem czyja to sprawka, więc brałem to w pełni na siebie. - [b[Ale tak, pani Amanda Jenkins...[/b] - potwierdziłem również zaraz, bo jednak pozwolenie na rozłożenie tu cyrku i całego inwentarza jednak wymagała takich rzeczy jak pozwolenia. Nawet nie jedno, ale ich kilka jako że była to dzielnica mugolska, to już w ogóle nie mały galimatias, ale przy galeonach mogliśmy również zarabiać funty, więc... to z pewnością będą te owocniejsze miesiące.
Cóż, zamknąłem mordkę by pozwolić Bren sprawdzać resztę papierów. Segregatory, kartony. Miałem trochę tego. Gdyby ktoś tego ode mnie wymagał, to miałem jeszcze kufer pełen papierów, danych, jeszcze z czasów mojego poprzednika.
- Beastie, nie wiedziałem, że masz ambicje do zarządzania tym pierdolnikiem... Będę o tym pamiętał - rzuciłem do niej przy okazji, skoro było jej szkoda, że tylko na czas kontroli przejmuje za mnie władzę. Łyknąłem nieco spokojniejszy kawy. Z doświadczenia wiedziałem, że nie każdy sprawdzał się w roli lidera, ale Fiery bywała odpowiedzialna, więc kto wie? Może jeszcze kiedyś to powtórzę? Tymczasem chyba mieliśmy kolejne tarapaty. Świadczyły o tym słowa Brenny, których kompletnie nie rozumiałem.
Przejąłem kartkę od Longbottom, żeby jej się przyjrzeć. Od razu rozpoznałem pismo Flynna, ale tak do końca nie ogarniałem, co on tam wyliczał. Był w tym zdecydowanie lepszy niż ja, więc przemknąłem wzrokiem tylko po zapisanych hasłach i w jednym momencie wciągnąłem powietrze ze świstem. Może jednak powinienem dziękować wszechświatowi, Boginię Matkę całować po stopach, że to Brenna okazała się nas sprawdzać.
- Och, nie zawracaj sobie tym głowy. Miałem ostatnio tu... niemały bałagan z dokumentami, właściwie ich niekontrolowany wybuch. Zmieszały się z wyliczeniami mojego... Fleamonta. Współlokatora. On bardzo lubi liczyć, a jak się nudzi, to właśnie liczy takie... hmm... głupoty. Wcale nie zamierza nikogo zabijać - odparłem, choć nie byłem tego taki pewny. Tyle razy mówił o swoich możliwościach, plus o tym zniknięciu wkrótce, że wszystkiego mogłem się po nim spodziewać. Niestety. - Ma po prostu bogatą wyobraźnię, ale to z tej artystycznej strony... Nie jest terrorystą, a my nie jesteśmy żadnymi też bojownikami. Staramy się żyć w przyjaźni z sąsiadami. Może ze Śmierciożercami nie, ale... Po prostu się w to nie mieszamy. Znaczy... jesteśmy przeciw ich agresji, ale... Po prostu się nie wychylamy...? - odpowiedziałem nieco zestresowany, uśmiechając się nieco, ale był to raczej uśmiech paniki. Flynn... Fajnie, że pakował mnie w takie polityczne tarapaty, kiedy chciałem szybkiej i przyjemnej kontroli. Szybkiej i przyjemnej... Chyba kontrole nigdy takie nie były.
- Jeśli mógłbym cie prosić... po prostu o zapomnienie tej kartki i innych jej podobnych...? - poprosiłem naprawdę czarująco mile. Co prawda, nie zamierzałem Bren kokietować, bo byliśmy raczej jak te znajomki, co mogą razem konie kraść... Ale to tak kraść bez łamania prawa, czyż nie? Po prostu... pożyczyć? Te konie w sensie.