17.03.2024, 19:12 ✶
Nie spodziewał się tego, że zostanie tutaj zamknięty, ale szczerze... nie spodziewał się też tego, że zamknięty w takim miejscu otworzy drzwi z aż taką łatwością, bo przecież ta wcześniej wspomniana księżniczka przyznała mu się całkiem niedawno, że ludzie z przeszłości deptali jej po piętach. I co? Żyła sobie tutaj teraz z mugolskim zamkiem i psem ochronnym licząc na wysyłanie przez Dantego pojedynczych pachołów? Powinien zapłacić za porywczość czymś uderzającym mu w oko, może wreszcie nauczyłby się sprawdzać drzwi przed ich otwarciem. Zmarszczył twarz, próbując odgonić tę myśl, bo Laurent coś tam jednak do niego mówił i wyszło na to, że nie mógł stąd tak po prostu pójść. No dobra, mógł - przecież nikt go nie przywiązał do łóżka, chociaż to też na nic by się przecież zdało, bo patrząc na wątłe rączki pana domu, nie dałby rady zawiązać żadnego porządnego supła.
- Tak, przyszedłem tutaj zrzygać ci się prosto do tego kubka - parsknął, zasłaniając się ręką od promieni słońca. Ewidentnie miał kaca, ale pytanie go o to nie miało żadnego sensu, bo przecież nigdy by się do tego nie przyznał.
Warczenie psa to jedno, ale dlaczego Laurent wydawał się być aż tak wzburzony? Tak, potraktował go jak ścierkę do podłogi, nie zamierzał się tutaj wybielać. Tak, stojąc w tym wielkim, pięknym, czystym domku musiał wyglądać jak narośl rakowa na zdrowym organie - odrzucał już samą swoją aparycją. No i co? Powiedział mu bardzo wyraźnie, że mógł tam zostać i absolutnie nic nie zobowiązywało Prewetta do tego, żeby go tutaj przyprowadzać, kłaść go w czystej pościeli, czy śpiewać mu na dobranoc kołysanki. Z tego też powodu zmierzył i jego i tego przerośniętego psa z lekką drwiną. To była mina chłopaczka ze szkoły, który ciągnął koleżanki za warkoczyki, albo pokazywał im coś obrzydliwego, a później karmił się ich niby wzburzoną, a jednak pełną zainteresowania reakcją. No bo pierwsza odpowiedź, jaka się cisnęła - zmienił zdanie, żałował - ale musiałby zacząć żałować dobrych kilka sekund temu, bo zmierzył go tym nieco nieobecnym spojrzeniem i doszedł do wniosku, że był w tym zgubiony. W jego percepcji świata Laurent bardzo dobrze wiedział, co robił, ubierając się w ten sposób i siedząc tutaj jak gdyby nigdy nic, jakby go wczoraj w tej sukience nie obłapiał spity do granic własnych możliwości, jakby...
A niech to.
- Wolisz psa ode mnie? Oboje dobrze wiemy, że byłoby ci cieplej, gdybym leżał tam ja. - Wpatrywał się w niego, w te błękitne oczy, które wreszcie uniosły się do góry i mógł w nie zajrzeć. - Nie dowiesz się jeżeli tego nie sprawdzisz.
Powitanie zignorował. Nie lubił kiedy ludzie mówili mu coś z takim wyrzutem, jakby to on zawsze musiał pierwszy się odezwać, a tak to właśnie zinterpretował. Postawiłby kilka kroków w przód, ale to światło było naprawdę, naprawdę nieznośne - nie opuścił więc ręki i mimowolnie oparł się plecami o framugę drzwi, opuszczając głowę tak, żeby gęste, czarne loki skutecznie odcięły go od promieni słonecznych.
- Gdzie ty mnie właściwie zaciągnąłeś? - Zaciągnąłeś, a nie zaprowadziłeś, bo chociaż nikt tu nikogo nie szarpał, to wciąż odbyło się to wbrew jego woli.
- Tak, przyszedłem tutaj zrzygać ci się prosto do tego kubka - parsknął, zasłaniając się ręką od promieni słońca. Ewidentnie miał kaca, ale pytanie go o to nie miało żadnego sensu, bo przecież nigdy by się do tego nie przyznał.
Warczenie psa to jedno, ale dlaczego Laurent wydawał się być aż tak wzburzony? Tak, potraktował go jak ścierkę do podłogi, nie zamierzał się tutaj wybielać. Tak, stojąc w tym wielkim, pięknym, czystym domku musiał wyglądać jak narośl rakowa na zdrowym organie - odrzucał już samą swoją aparycją. No i co? Powiedział mu bardzo wyraźnie, że mógł tam zostać i absolutnie nic nie zobowiązywało Prewetta do tego, żeby go tutaj przyprowadzać, kłaść go w czystej pościeli, czy śpiewać mu na dobranoc kołysanki. Z tego też powodu zmierzył i jego i tego przerośniętego psa z lekką drwiną. To była mina chłopaczka ze szkoły, który ciągnął koleżanki za warkoczyki, albo pokazywał im coś obrzydliwego, a później karmił się ich niby wzburzoną, a jednak pełną zainteresowania reakcją. No bo pierwsza odpowiedź, jaka się cisnęła - zmienił zdanie, żałował - ale musiałby zacząć żałować dobrych kilka sekund temu, bo zmierzył go tym nieco nieobecnym spojrzeniem i doszedł do wniosku, że był w tym zgubiony. W jego percepcji świata Laurent bardzo dobrze wiedział, co robił, ubierając się w ten sposób i siedząc tutaj jak gdyby nigdy nic, jakby go wczoraj w tej sukience nie obłapiał spity do granic własnych możliwości, jakby...
A niech to.
- Wolisz psa ode mnie? Oboje dobrze wiemy, że byłoby ci cieplej, gdybym leżał tam ja. - Wpatrywał się w niego, w te błękitne oczy, które wreszcie uniosły się do góry i mógł w nie zajrzeć. - Nie dowiesz się jeżeli tego nie sprawdzisz.
Powitanie zignorował. Nie lubił kiedy ludzie mówili mu coś z takim wyrzutem, jakby to on zawsze musiał pierwszy się odezwać, a tak to właśnie zinterpretował. Postawiłby kilka kroków w przód, ale to światło było naprawdę, naprawdę nieznośne - nie opuścił więc ręki i mimowolnie oparł się plecami o framugę drzwi, opuszczając głowę tak, żeby gęste, czarne loki skutecznie odcięły go od promieni słonecznych.
- Gdzie ty mnie właściwie zaciągnąłeś? - Zaciągnąłeś, a nie zaprowadziłeś, bo chociaż nikt tu nikogo nie szarpał, to wciąż odbyło się to wbrew jego woli.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.