A ona ani myślała odwrócić wzrok spłoszona. Bo spłoszona nie została, za to czuła jakąś nieopisaną satysfakcję, gdy tak patrzyła na kuzyna, zapędzonego odrobinę w kozi róg, nie potrafiącego znaleźć odpowiednich słów, by odpowiedzieć na zaczepkę. Uśmiechnęła się do niego uprzejmie – ogólnie całe to spotkanie i rozmowa były nader uprzejme.
- Na pewno nie tylko ona. Natomiast po niej widzę co wyprawia i w jakim natężeniu – Brenny zawsze było pełno, wszędzie. W porównaniu do energicznej, nabuzowanej przyjaciółki, Victoria była tym statycznym i powolnym elementem, który do niczego się nie spieszył bo miał na wszystko czas. - Mamy zapchany grafik. Ale w maju uznałam, że co mi po tym, zdrowie i życie mam tylko jedno – nieprawda, można było dostać swoją drugą szansę… - I nikomu niczego nie jestem winna – dlatego sumiennie odpoczywała kiedy był na to czas, nie migała się od wizyt u lekarza (których nota bene w ostatnim czasie odbyła zatrważająco dużo, jednak nikogo to nie dziwiło, zważywszy na jej stan), i już planowała krótki urlop za kilka dni. Jeszcze nie wiedziała, że po powrocie czekają ją grube nadgodziny i to jeszcze w nocy. Wolny czas wykorzystywała głównie na szukanie informacji o Zimnych i jak można to odkręcić. Póki co… to była trochę ślepa uliczka, prowadząca wprost na Samhain. - Ale jeśli tak cię to interesuje to przedwczoraj udało nam się trafić wprost do leża smoka. A ten był samicą, w dodatku matką i na domiar była bardzo… zdenerwowana – zakończyła dyplomatycznie i od niechcenia zakręciła szklanką z jeszcze odrobiną wody. - Czy to zaspokaja twoją ciekawość? – powiedziała mu to, bo nie była to sprawa ściśle tajna, nie było to nic co wskazywało na powiązanie z śmierciozercami. A poza tym było tylko krótkim wtryskiem jej typowego dnia pracy w terenie. I dlatego była jedną z nielicznych osób, które lubiły swoją papierkową robotę i wręcz poprosiła o nią, gdy była gotowa do pracy po Beltane. - Podejrzewam że wasze piętro jak tak i nasze jeszcze długo nie będzie miało luźniejszego momentu – ale za to właśnie im płacili. I to naprawdę niemało – najwyższe stawki były u aurorów i w Departamencie Tajemnic, i nie bez powodu. To była praca z ogromnym ryzykiem. - Wiesz jak postępy w Kniei? Cokolwiek idzie do przodu? – mówiła rzecz jasna o Kniei Godryka i sprawie z nieszczęsnymi widmami, które wysysały z ludzi życie. Bardzo dosłownie.
Uśmiechnęła się trochę z politowaniem, kiedy Rodolohus uznał, bardzo zdziwiony zresztą, ze to wszystkie jest przecież jego. Aż wywróciła na to, bardzo nieelegancko zresztą, oczami.
- Tak, są twoje. Ale wygląda tu tak, jakbyś tu nie mieszkał. Ot, meble, bo w mieszkaniu muszą być meble, ale brakuje tutaj… duszy – nie była pewna czy on tak na serio czy palił głupa. Czy był takim minimalistą aż do bólu, czy kręciło się tutaj coś grubszego. Nie jej sprawa, ale oczywiście, że musiała tracić kijem. - Kup sobie jakąś roślinę albo dwie. Nie mówię od razu o tych wyjących żonkilach, ale jakaś monstera do postawienia w kącie, albo kilka kaktusów… – wtedy ludzie zwykle nie pytali bardziej. - Nie masz żadnych zdjęć? Albo nawet jednego obrazu? Po prostu bardzo tutaj pusto. Sterylnie. Zbyt sterylnie – oczywiście, że musiała sobie pogadać, jak taka starsza siostra, która nie może się powstrzymać przed dobrymi radami. - Wiesz. To sztuka pozorów – dodała, obdarzając go uważnym spojrzeniem, ale kąciki ust jej drgały.