17.03.2024, 20:48 ✶
Matko najdroższa, jak ja nienawidziłem, kiedy Rosie darła mordę, a darła ją odkąd tylko tu wparowała, przy okazji przerywając mi słodki sen. Nie wiem, czy zebraniu tu obecni wiedzieli, co to znaczy mieć przerwany słodki sen, a przy okazji - choć to głównie mnie bolało i wkurwiało jak diabli - być zdradzonym przez kobietę swojego życia, ale gdyby wiedzieli, do cholery jasnej, zapewne nie pierdoliliby trzy po trzy, chcąc mnie tu zatrzymać, tylko mi pomogli zebrać rzeczy w jedna kupę, bo mi się nie kleiło przez emocje nic. Plus, że papierosy już miałem i miałem też okazję się zaciągać jednym z nich.
Niezbyt delikatnie, tak żeby jej się to utrwaliło dosadnie, popchnąłem Rosie. Miała szczęście, bo najchętniej wyjebałbym jej po tej uroczej twarzy, ale właśnie fakt, że to była gęba mojej siski z krwi i kości jakoś mnie powstrzymywała. Ale tylko trochę, bo zaraz poprawiłem jej, by też po drodze nieco stabilności utraciła i się opamiętała.
- I CO MI ZROBISZ?! SAMA JESTEŚ IDIOTKĄ. DO TWOJEJ WIADOMOŚCI, BĘDĘ MÓWIŁ DO KAŻDEGO TAK JAK CHCĘ - wzburzyłem się, bo jakżebym mógł nie? Nie dość, że byłem od niej starszy i mądrzejszy, to jeszcze mówiła mi jak mam żyć, a ja tak bardzo nienawidziłem, kiedy mówiono mi jak mam żyć, bo to Persephona... Ta jebana moja żona miała prawo mi mówić jak mam żyć, a teraz... Awrrr... Cholera jasna!
I cholera jasna! Tego to się nie spodziewałem, że Stanley odnajdzie swoje jaja i cokolwiek zrobi. Myślałem, że ta pierdoleniu zbuntowanego dzieciaka się skończy, a tu rękę - czy tez różdżkę - na mnie podnosił, kiedy to ja swojej nie miałem w ręku. Naprawdę, to kurwa godne prawdziwego mężczyzny było. Poza tym... czy ja coś wcześniej wspominałem sobie, że cholernie nie znosiłem, kiedy mówiło mi się, co mam robić? Pomyślcie, co mi się jarało w tym moim czerepie, kiedy ktoś przechodził do czynów? I tak jakby zmuszał mnie do padnięcia tyłkiem na kanapę?
Już nawet nie miałem pojęcia, co on sobie tam mówił. Dochodziły do mnie co trzecie słowa. Coś o Megajrze, wpierdolu, prośbach. Chuj, nie miało to dla mnie za wiele sensu. Zgasiłem papierosa o stolik, o ile go nie zgasił cały ten ambaras z poduchami i moimi bezwładnymi przez chwilę rękoma. Wstałem, ale od teraz jedno było pewne - nie dam się mu już zaskoczyć tymi jego śmiesznymi czarami.
Popchnąłem kanapę z buta by wjebała mu się pod nogi, a sam zaraz rzuciłem się wzdłuż niej by dopaść tego nicponia. To, czy nie pogubię się gdzieś po drodze o jakieś kołdry, koce i inne pierdolety, które ktoś nie odłożył na swoje miejsce, zapewne zależało do szczęścia, ale srogi wpierdol skierowany w kierunku Sanleya, to tylko od siły moich pięści. Nie miałem różdżki, ale miałem w zanadrzu swoje śliczne, męskie dłonie.
- Walcz jak równy z równym, a nie uciekasz się do forteli, smyku - warknąłem jedynie do niego. To było jedyne podsumowanie całej zaistniałej sytuacji. Przemowy Borgina poszły się jebać. A jak go dorwałem w swoje ręce, zapewne dostał pierwszą pięść po mordzie...?
Rzut na kopniecie kanapy
Rzut na doskoczenie do Stanleya
Niezbyt delikatnie, tak żeby jej się to utrwaliło dosadnie, popchnąłem Rosie. Miała szczęście, bo najchętniej wyjebałbym jej po tej uroczej twarzy, ale właśnie fakt, że to była gęba mojej siski z krwi i kości jakoś mnie powstrzymywała. Ale tylko trochę, bo zaraz poprawiłem jej, by też po drodze nieco stabilności utraciła i się opamiętała.
- I CO MI ZROBISZ?! SAMA JESTEŚ IDIOTKĄ. DO TWOJEJ WIADOMOŚCI, BĘDĘ MÓWIŁ DO KAŻDEGO TAK JAK CHCĘ - wzburzyłem się, bo jakżebym mógł nie? Nie dość, że byłem od niej starszy i mądrzejszy, to jeszcze mówiła mi jak mam żyć, a ja tak bardzo nienawidziłem, kiedy mówiono mi jak mam żyć, bo to Persephona... Ta jebana moja żona miała prawo mi mówić jak mam żyć, a teraz... Awrrr... Cholera jasna!
I cholera jasna! Tego to się nie spodziewałem, że Stanley odnajdzie swoje jaja i cokolwiek zrobi. Myślałem, że ta pierdoleniu zbuntowanego dzieciaka się skończy, a tu rękę - czy tez różdżkę - na mnie podnosił, kiedy to ja swojej nie miałem w ręku. Naprawdę, to kurwa godne prawdziwego mężczyzny było. Poza tym... czy ja coś wcześniej wspominałem sobie, że cholernie nie znosiłem, kiedy mówiło mi się, co mam robić? Pomyślcie, co mi się jarało w tym moim czerepie, kiedy ktoś przechodził do czynów? I tak jakby zmuszał mnie do padnięcia tyłkiem na kanapę?
Już nawet nie miałem pojęcia, co on sobie tam mówił. Dochodziły do mnie co trzecie słowa. Coś o Megajrze, wpierdolu, prośbach. Chuj, nie miało to dla mnie za wiele sensu. Zgasiłem papierosa o stolik, o ile go nie zgasił cały ten ambaras z poduchami i moimi bezwładnymi przez chwilę rękoma. Wstałem, ale od teraz jedno było pewne - nie dam się mu już zaskoczyć tymi jego śmiesznymi czarami.
Popchnąłem kanapę z buta by wjebała mu się pod nogi, a sam zaraz rzuciłem się wzdłuż niej by dopaść tego nicponia. To, czy nie pogubię się gdzieś po drodze o jakieś kołdry, koce i inne pierdolety, które ktoś nie odłożył na swoje miejsce, zapewne zależało do szczęścia, ale srogi wpierdol skierowany w kierunku Sanleya, to tylko od siły moich pięści. Nie miałem różdżki, ale miałem w zanadrzu swoje śliczne, męskie dłonie.
- Walcz jak równy z równym, a nie uciekasz się do forteli, smyku - warknąłem jedynie do niego. To było jedyne podsumowanie całej zaistniałej sytuacji. Przemowy Borgina poszły się jebać. A jak go dorwałem w swoje ręce, zapewne dostał pierwszą pięść po mordzie...?
Rzut na kopniecie kanapy
Rzut PO 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut na doskoczenie do Stanleya
Rzut PO 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!