17.03.2024, 21:05 ✶
Czy zapędziła Rodolphusa w kozi róg? Nie wyglądał na kogoś, kto dałby się zaskoczyć tymi kilkoma słowami. Raczej był oporny na tego typu uwagi, po prostu spływały po nim jak woda po kaczce - po prostu wpuszczał je jednym uchem, a wypuszczał drugim. Uwagi kuzynki jakoś niespecjalnie długo zatrzymały się w jego głowie. ACZKOLWIEK tylko ta pierwsza część, o której mówiła. Bo gdy wyjaśniała sprawę Brenny, kiwał głową, z kolei gdy powiedziała o smoku, uniósł brwi.
- Słusznie, zwłaszcza w twoim przypadku zdrowie powinno być teraz priorytetem - powiedział ostrożnie, trawiąc słowa o smoku, na którego trafiły. - Chociaż czyż dbanie o zdrowie nie powinno równać się nie spotykaniu smoczyc na swojej drodze? Zwłaszcza z młodymi. Tym się teraz zajmują aurorzy? Ganiają za smokami i...
Przerwał. Ach, cholera jasna. To dlatego Brenna odpisała mu w liście, że prawie spłonęła. Lestrange westchnął ciężko i mimowolnie uniósł dłoń do twarzy. Zacisnął palce na nasadzie nosa, przymknął oczy.
- To by wiele tłumaczyło - machnął ręką, nie zamierzając wchodzić w szczegóły. Baby. I to dwie narwane. Nie będzie opowiadał kuzynce, że być może przynosił pecha, tak samo jak drobne prezenty, które zdążył podesłać Longbottom. Mówi się trudno, najwyraźniej liczyły się intencje, a te jego zdecydowanie nie były dobre. - Nie do końca zaspokaja, ale zadowolę się taką odpowiedzią. Zwłaszcza że sama zauważyłaś, że jeszcze długo oba nasze departamenty będą miały pełne ręce roboty. Jeśli chodzi o Knieję, to nic poza tym, co sama wiesz.
Sięgnął po szklankę z wodą. Knieja... Pracował w Departamencie Tajemnic. Nie mógł powiedzieć Victorii nic więcej poza tym, co sama wiedziała. Nawet gdyby chciał, to nie mógł. A prawda była taka, że nie zamierzał się z nią tym dzielić, bo utknęli. Mieli związane ręce, Ministerstwo ich ograniczało. Nie mogli działać tak, jak chcieli - przez co cała sprawa wydłużała się niemiłosiernie.
- Nie lubię kurzołapów - odpowiedział spokojnie, a kącik jego ust drgnął. Może rżnął głupa, a może faktycznie wolał minimalizm aż do bólu? Wystarczyło spojrzeć na to, jak się ubierał. Kilkanaście tych samych spodni, koszul, marynarek. Te same pary butów. Identyczne paski do spodni. Nawet skarpety miał do porzygu nudne. W porównaniu z innymi czarodziejami, śmiało można było posądzić Rodolphusa o brak gustu lub przeciwnie: o mocne przywiązanie do jednego stylu. Podobnie było z mieszkaniem. - Victorio. Czy wyglądam ci na kogoś, kto potrafi i chce dbać o rośliny?
Zapytał nieco pobłażliwie, bo Rodolphus i kwiaty to była chyba ostatnia rzecz, o którą można było go posądzić. To znaczy owszem: kupował je ale tylko po to, by je komuś sprezentować. W teorii znał się na przyrodzie, ale między teorią a praktyką była ogromna przepaść. Z roślinami było tak, że można było napisać najlepszy i najbardziej szczegółowy poradnik, a i tak można było ubić nawet tak oporne egzemplarze, jak kaktus.
- Nie znam się na tym. Mieszkanie urządził ojciec, ja po prostu odebrałem klucze. Od tamtego momentu nikt nie ingerował w jego wystrój. Powinienem? - odbił pytaniem, zerkając na gołe, ciemne ściany. W sumie nawet Robert miał jakiśtam dywan w swoim gabinecie. I obrzydliwą komodę z alkoholem. On z kolei miał wszystko nowe, starannie wysprzątane i czyste. Z drugiej strony faktycznie tak było. Ojciec dał mu praktycznie pustą przestrzeń zapewne z myślą o tym, by syn urządził ją tak, jak chciał. Ale chyba zdawał sobie sprawę z tego, że Rodolphus po prostu zostawi je w takim samym stanie, w jakim je zastał. - Jeśli cokolwiek bym tu przesunął, dostałbym szału, doskonale o tym wiesz.
To, że miał niemalże obsesję na punkcie tego, by jego otoczenie było czyste i uporządkowane, to nie była żadna tajemnica. Wiedział o tym jego brat, wiedziała reszta rodziny. Wiedzieć musiała i Victoria. Wiedzieli nawet jego współpracownicy, bo gdy wracał z przerwy do biura i widział, że kubek jest odrobinę przesunięty, poprawiał go od razu. Układał pióra w określonej kolejności, wedle rozmiaru. Czyste kartki porządkował a potem chował do szuflady.
- Jedna lub dwie martwe rośliny spędziłyby mi sen z powiek. Nie potrzebuję dodatkowego zmartwienia w postaci chwastów - odpowiedział, pomijając temat obrazków na ścianach. Kolejna rzecz, którą by sprawdzał, czy się nie zakurzyła. Mógłby co prawda poprosić ojca o skrzata na stałe, ale... Z pewnych powodów wolał po prostu, by nikt tu się nie kręcił. I nie przestawiał mu rzeczy.
- Słusznie, zwłaszcza w twoim przypadku zdrowie powinno być teraz priorytetem - powiedział ostrożnie, trawiąc słowa o smoku, na którego trafiły. - Chociaż czyż dbanie o zdrowie nie powinno równać się nie spotykaniu smoczyc na swojej drodze? Zwłaszcza z młodymi. Tym się teraz zajmują aurorzy? Ganiają za smokami i...
Przerwał. Ach, cholera jasna. To dlatego Brenna odpisała mu w liście, że prawie spłonęła. Lestrange westchnął ciężko i mimowolnie uniósł dłoń do twarzy. Zacisnął palce na nasadzie nosa, przymknął oczy.
- To by wiele tłumaczyło - machnął ręką, nie zamierzając wchodzić w szczegóły. Baby. I to dwie narwane. Nie będzie opowiadał kuzynce, że być może przynosił pecha, tak samo jak drobne prezenty, które zdążył podesłać Longbottom. Mówi się trudno, najwyraźniej liczyły się intencje, a te jego zdecydowanie nie były dobre. - Nie do końca zaspokaja, ale zadowolę się taką odpowiedzią. Zwłaszcza że sama zauważyłaś, że jeszcze długo oba nasze departamenty będą miały pełne ręce roboty. Jeśli chodzi o Knieję, to nic poza tym, co sama wiesz.
Sięgnął po szklankę z wodą. Knieja... Pracował w Departamencie Tajemnic. Nie mógł powiedzieć Victorii nic więcej poza tym, co sama wiedziała. Nawet gdyby chciał, to nie mógł. A prawda była taka, że nie zamierzał się z nią tym dzielić, bo utknęli. Mieli związane ręce, Ministerstwo ich ograniczało. Nie mogli działać tak, jak chcieli - przez co cała sprawa wydłużała się niemiłosiernie.
- Nie lubię kurzołapów - odpowiedział spokojnie, a kącik jego ust drgnął. Może rżnął głupa, a może faktycznie wolał minimalizm aż do bólu? Wystarczyło spojrzeć na to, jak się ubierał. Kilkanaście tych samych spodni, koszul, marynarek. Te same pary butów. Identyczne paski do spodni. Nawet skarpety miał do porzygu nudne. W porównaniu z innymi czarodziejami, śmiało można było posądzić Rodolphusa o brak gustu lub przeciwnie: o mocne przywiązanie do jednego stylu. Podobnie było z mieszkaniem. - Victorio. Czy wyglądam ci na kogoś, kto potrafi i chce dbać o rośliny?
Zapytał nieco pobłażliwie, bo Rodolphus i kwiaty to była chyba ostatnia rzecz, o którą można było go posądzić. To znaczy owszem: kupował je ale tylko po to, by je komuś sprezentować. W teorii znał się na przyrodzie, ale między teorią a praktyką była ogromna przepaść. Z roślinami było tak, że można było napisać najlepszy i najbardziej szczegółowy poradnik, a i tak można było ubić nawet tak oporne egzemplarze, jak kaktus.
- Nie znam się na tym. Mieszkanie urządził ojciec, ja po prostu odebrałem klucze. Od tamtego momentu nikt nie ingerował w jego wystrój. Powinienem? - odbił pytaniem, zerkając na gołe, ciemne ściany. W sumie nawet Robert miał jakiśtam dywan w swoim gabinecie. I obrzydliwą komodę z alkoholem. On z kolei miał wszystko nowe, starannie wysprzątane i czyste. Z drugiej strony faktycznie tak było. Ojciec dał mu praktycznie pustą przestrzeń zapewne z myślą o tym, by syn urządził ją tak, jak chciał. Ale chyba zdawał sobie sprawę z tego, że Rodolphus po prostu zostawi je w takim samym stanie, w jakim je zastał. - Jeśli cokolwiek bym tu przesunął, dostałbym szału, doskonale o tym wiesz.
To, że miał niemalże obsesję na punkcie tego, by jego otoczenie było czyste i uporządkowane, to nie była żadna tajemnica. Wiedział o tym jego brat, wiedziała reszta rodziny. Wiedzieć musiała i Victoria. Wiedzieli nawet jego współpracownicy, bo gdy wracał z przerwy do biura i widział, że kubek jest odrobinę przesunięty, poprawiał go od razu. Układał pióra w określonej kolejności, wedle rozmiaru. Czyste kartki porządkował a potem chował do szuflady.
- Jedna lub dwie martwe rośliny spędziłyby mi sen z powiek. Nie potrzebuję dodatkowego zmartwienia w postaci chwastów - odpowiedział, pomijając temat obrazków na ścianach. Kolejna rzecz, którą by sprawdzał, czy się nie zakurzyła. Mógłby co prawda poprosić ojca o skrzata na stałe, ale... Z pewnych powodów wolał po prostu, by nikt tu się nie kręcił. I nie przestawiał mu rzeczy.