17.03.2024, 21:47 ✶
Pokiwał głową ze zrozumieniem, choć sam był stolarzem minimalistą. Poziom opanowania sztuki transmutacji stał u niego na tak wysokim poziomie (spróbowałby nie... w końcu w jego żyłach płynęła krew McGonagallów!), że potrzebował jednego hebla, zamiast czterech, bo zawsze magią mógł delikatnie zmienić ustawienia i szerokości ostrza czy trzymadła. Potrzebował jednego dłutka a nie piętnastu, jednej piłki a nie czterech, jednego szpikulca a nie całej plejady szpikulców. Lata poza cywilizacją nauczyły go radzić sobie z tym co ma a nie wydziwiać – jak powiedziałaby to jego matka. Nauczył się działać na tym co miał. Nauczył się nie chcieć więcej.
Z drugiej strony obróbka kamieni i metalu rządziła się swoimi prawami i absolutnie nie oceniał swojej klientki za chęć posiadania wymyślnej szafy, w której byłaby przegródka na każdą pierdołę, która przyjdzie jej do głowy. Wierzył, że chociaż dwie szuflady byłby w stanie zakląć tak, że po otworzeniu ukazywałaby się inna jej zawartość, ale to... to były tylko myśli, pojawiające się i znikające, bombardujące jego umysł rozwiązaniami też przecież magicznymi, a nie tylko inżynierskimi.
– Koniecznie. Prototyp to podstawa, zdecydowanie jest to dobry pomysł, chętnie przyjrzę się pracy rzemieślnika w innej dziedzinie, zawsze intryguje mnie wkładanie rąk w materię i kształtowanie jej według swojej woli, nie ważne jakimi narzędziami. – Wszystko zaczęło się od sklepu Garrika Ollivandera i zachwytu nad różdżkami oraz całym sklepem wykończonym w drewnie. Jego wychowanie opierało się na opiece Knieją i jej dziećmi, ale kiedy rodzice odeszli, musiał czymś zająć ręce, żeby nie oszaleć (cóż... czy się to udało, nie jemu oceniać). A zatem rzeźby, amulety, meble, czy nawet więźby w nowych domach ostatnio... Wszystko co niosło ze sobą drewno, było mu przyjemne. Swojskie. Im więcej jednak przebywał w Dolinie, tym większa w jego sercu była odkrywana ciekawość. Zobaczyć kogo innego przy pracy, zobaczyć jego skupienie na twarzy i precyzję, bądź jej brak w palcach. To było intrygujące.
Na wspomnienie o Kniei stęknął żałośnie, jakby wsadziła dwa brudne palce we wciąż świeżą ranę, która goiła się zbyt wolno. Nagle napar z mięty wydawał się nie dość dobrym sposobem na spędzenie tego wieczoru.
– Tak. Jest bardzo źle. Ludzie wracają siwi, starsi o kilka, kilkanaście lat. Albo nie wracają wcale. Znam kilka bezpiecznych sposobów na pozyskanie rzadkich surowców z części Puszczy, ale niestety nie drewna. Nie ma czasu zapytać przerażonych drzew, który z ich braci pragnie już odejść. Dlatego pewnie będę musiał przejechać się kawałek na północ do...– umilkł momentalnie, gdy zdał sobie sprawę, że odbiega od tematu. To wszystko nie ważne. Raz że nie o to pytała, dwa, że póki nie ma prototypu, nie było sensu cokolwiek rozmawiać o drewnie na docelowy produkt. – Tak czy inaczej będę potrzebował zaliczki 20 galeonów, na poczet pracy i materiałów prototypowych. Kiedy ustalimy finalne liczby i materiał z którego będziesz chciała mieć swoje stanowisko pracy, dogadamy resztę. – podsumował, wiedząc, że nie jest za dobry w small talkach, więc nie chciał w ten sposób odstraszyć do siebie bogatej pani z Londynu.
Z drugiej strony obróbka kamieni i metalu rządziła się swoimi prawami i absolutnie nie oceniał swojej klientki za chęć posiadania wymyślnej szafy, w której byłaby przegródka na każdą pierdołę, która przyjdzie jej do głowy. Wierzył, że chociaż dwie szuflady byłby w stanie zakląć tak, że po otworzeniu ukazywałaby się inna jej zawartość, ale to... to były tylko myśli, pojawiające się i znikające, bombardujące jego umysł rozwiązaniami też przecież magicznymi, a nie tylko inżynierskimi.
– Koniecznie. Prototyp to podstawa, zdecydowanie jest to dobry pomysł, chętnie przyjrzę się pracy rzemieślnika w innej dziedzinie, zawsze intryguje mnie wkładanie rąk w materię i kształtowanie jej według swojej woli, nie ważne jakimi narzędziami. – Wszystko zaczęło się od sklepu Garrika Ollivandera i zachwytu nad różdżkami oraz całym sklepem wykończonym w drewnie. Jego wychowanie opierało się na opiece Knieją i jej dziećmi, ale kiedy rodzice odeszli, musiał czymś zająć ręce, żeby nie oszaleć (cóż... czy się to udało, nie jemu oceniać). A zatem rzeźby, amulety, meble, czy nawet więźby w nowych domach ostatnio... Wszystko co niosło ze sobą drewno, było mu przyjemne. Swojskie. Im więcej jednak przebywał w Dolinie, tym większa w jego sercu była odkrywana ciekawość. Zobaczyć kogo innego przy pracy, zobaczyć jego skupienie na twarzy i precyzję, bądź jej brak w palcach. To było intrygujące.
Na wspomnienie o Kniei stęknął żałośnie, jakby wsadziła dwa brudne palce we wciąż świeżą ranę, która goiła się zbyt wolno. Nagle napar z mięty wydawał się nie dość dobrym sposobem na spędzenie tego wieczoru.
– Tak. Jest bardzo źle. Ludzie wracają siwi, starsi o kilka, kilkanaście lat. Albo nie wracają wcale. Znam kilka bezpiecznych sposobów na pozyskanie rzadkich surowców z części Puszczy, ale niestety nie drewna. Nie ma czasu zapytać przerażonych drzew, który z ich braci pragnie już odejść. Dlatego pewnie będę musiał przejechać się kawałek na północ do...– umilkł momentalnie, gdy zdał sobie sprawę, że odbiega od tematu. To wszystko nie ważne. Raz że nie o to pytała, dwa, że póki nie ma prototypu, nie było sensu cokolwiek rozmawiać o drewnie na docelowy produkt. – Tak czy inaczej będę potrzebował zaliczki 20 galeonów, na poczet pracy i materiałów prototypowych. Kiedy ustalimy finalne liczby i materiał z którego będziesz chciała mieć swoje stanowisko pracy, dogadamy resztę. – podsumował, wiedząc, że nie jest za dobry w small talkach, więc nie chciał w ten sposób odstraszyć do siebie bogatej pani z Londynu.