18.03.2024, 11:08 ✶
Na początku faktycznie wzięła jego słowa jako przedrzeźnianie. Nawet zdążyła zrobić niezadowoloną minę, ale w zasadzie chwilę potem zobaczyła, że on chyba naprawdę nie żartował. Łypnęła więc tylko nań podejrzliwie, mrużąc nieznacznie oczy, jakby chciała ocenić, czy robi ją w męską część ciała której nazwa nie przejdzie jej przez gardło, czy naprawdę nie wiedział, co miała na myśli.
- Nieważne. Nie musisz wiedzieć - mruknęła, machnąwszy ręką. Bo i tak za dużo powiedziała, a przecież rozmawiała z obcym człowiekiem pośrodku lasu. Nie tylko jej rodzina zmyłaby jej głowę za coś takiego. Przede wszystkim powinna w ogóle się nie odzywać, tylko teleportować z powrotem do domu i powiedzieć ojcu, co widziała. I kogo. A jeśli nie, to na pewno nie powinna grozić obcym różdżką - powinna była przeprosić za zamieszanie i się oddalić. Najlepiej zniknąć, żeby nie mógł jej śledzić i zrobić krzywdy. A na pewno nie powinna się narażać dla pszczół.
Nie spodobało jej się, gdy się zaśmiał. Na jej twarz znowu wrócił pochmurny, niezadowolony wyraz twarzy. Co za burak! Jakby ona potrafiła czytać w myślach i odczytywać intencje innych ludzi. Być może w innych okolicznościach i gdzie indziej mogłaby spróbować wyczytać, co tak naprawdę Samuel miał na myśli i co sądził, ale tutaj była po prostu zbyt rozdrażniona, żeby się skupić. Cała ta sytuacja była dość stresująca, wyprowadziła ją z równowagi.
- Nie śmiej się! Co byś sobie pomyślał na moim miejscu, co? - prychnęła niezadowolona i lekko przestąpiła z nogi na nogę, zwalczając odruch, by jedną z tych nóg tupnąć ze złości. - Nie. Nie przyjmuję niczego od nieznajomych.
Odburknęła, ale wbrew sobie ruszyła za nim. Nie będzie piła sobie herbatki czy ziół z obcym typem, który w zasadzie nie wiadomo, co tu robił i jakie miał zamiary. Roselyn może i była ufna, może i była częściowo na swoim terenie, ale nie była aż tak naiwna, żeby brać cukierki od obcych. Czy tam zioła. To była podstawa, której uczono już w magiprzedszkolu.
- Czyli jednak tu mieszkasz. Czy Greengrassowie pozwolili wam się tu... Osiedlić? - ostatnie słowo wypowiedziała trochę niepewnie, bo przecież osiedlić zwykle dotyczyło osady, a Samuel wydawał się sugerować, że mieszka tu sam. Ewentualnie z matką. - Zamieszkać. Cokolwiek - poprawiła się, jednocześnie nerwowym ruchem poprawiając plecak na ramieniu. Chciałaby jeszcze zadać mu kilka pytań, ale w zasadzie to nie był odpowiedni czas na to. Jeszcze pomyśli, że się tym tematem zainteresowała. Co z tego, że taka była prawda - nie musiał o tym wiedzieć, prawda?
- Nieważne. Nie musisz wiedzieć - mruknęła, machnąwszy ręką. Bo i tak za dużo powiedziała, a przecież rozmawiała z obcym człowiekiem pośrodku lasu. Nie tylko jej rodzina zmyłaby jej głowę za coś takiego. Przede wszystkim powinna w ogóle się nie odzywać, tylko teleportować z powrotem do domu i powiedzieć ojcu, co widziała. I kogo. A jeśli nie, to na pewno nie powinna grozić obcym różdżką - powinna była przeprosić za zamieszanie i się oddalić. Najlepiej zniknąć, żeby nie mógł jej śledzić i zrobić krzywdy. A na pewno nie powinna się narażać dla pszczół.
Nie spodobało jej się, gdy się zaśmiał. Na jej twarz znowu wrócił pochmurny, niezadowolony wyraz twarzy. Co za burak! Jakby ona potrafiła czytać w myślach i odczytywać intencje innych ludzi. Być może w innych okolicznościach i gdzie indziej mogłaby spróbować wyczytać, co tak naprawdę Samuel miał na myśli i co sądził, ale tutaj była po prostu zbyt rozdrażniona, żeby się skupić. Cała ta sytuacja była dość stresująca, wyprowadziła ją z równowagi.
- Nie śmiej się! Co byś sobie pomyślał na moim miejscu, co? - prychnęła niezadowolona i lekko przestąpiła z nogi na nogę, zwalczając odruch, by jedną z tych nóg tupnąć ze złości. - Nie. Nie przyjmuję niczego od nieznajomych.
Odburknęła, ale wbrew sobie ruszyła za nim. Nie będzie piła sobie herbatki czy ziół z obcym typem, który w zasadzie nie wiadomo, co tu robił i jakie miał zamiary. Roselyn może i była ufna, może i była częściowo na swoim terenie, ale nie była aż tak naiwna, żeby brać cukierki od obcych. Czy tam zioła. To była podstawa, której uczono już w magiprzedszkolu.
- Czyli jednak tu mieszkasz. Czy Greengrassowie pozwolili wam się tu... Osiedlić? - ostatnie słowo wypowiedziała trochę niepewnie, bo przecież osiedlić zwykle dotyczyło osady, a Samuel wydawał się sugerować, że mieszka tu sam. Ewentualnie z matką. - Zamieszkać. Cokolwiek - poprawiła się, jednocześnie nerwowym ruchem poprawiając plecak na ramieniu. Chciałaby jeszcze zadać mu kilka pytań, ale w zasadzie to nie był odpowiedni czas na to. Jeszcze pomyśli, że się tym tematem zainteresowała. Co z tego, że taka była prawda - nie musiał o tym wiedzieć, prawda?