Niektórzy wyglądali bardzo wczorajszo (Samuel), inni od rana biegali jak kot z pęcherzem (Brenna), niektórzy wyglądali jakby wypili trzy razy więcej, niż powinni (Erik), a jeszcze innych wyraźnie męczyło coś, co śmierdziało jak kac moralny (Nora).
Morpheus zdecydowanie tak nie wyglądał.
Wujek Longbottomowej młodzieży, w kwiecistej koszuli z egipskiej bawełny, sprawiał wrażenie kogoś, kto przespał jak dziecko całą noc, a nie balował do końca potańcówki, nie opiekował się wstawioną Septimą, nie był w dwóch miejscach na raz, grając z Atreusem w karty. To po prostu przyzwyczajenie do spania po kilka godzin i funkcjonalnie trzydzieści dwie godziny w ciągu doby, dzięki Zmieniaczowi Czasu. O tym, że nie do końca kontaktował świadczył fakt, że gdy stanął na werandzie i sprawdził kieszenie spodni, znalazł tam jedynie różdżkę, wystającą z kieszeni dla niej przeznaczonej. Nie miał przy sobie papierosów, które zostały na jego szafce nocnej. Albo u Septimy.
Rozejrzał się po zgromadzeniu, zawiesił wzrok na papierosie Erika i zmrużył oczy, jakby słońce go zbyt mocno raziło. Miał ochotę zapytać, czy ktoś umarł, ale po wydarzeniach Beltane byłoby to bardzo w złym guście, zwłaszcza wobec Brenny, której poczucie winy wisiało ciężką chmurą nad nią.
Lekkim krokiem kurortowicza, pozwalając bosym stopom zanurzyć się w wyjątkowo dżdżystej o tej porze roku trawie, kolejnym znaku, że nie było z nim za dobrze, udał się do stołu i w momencie, w którym Erik rozdzielił swoje usta z bibułką, oparł się biodrem o stolik i zabrał mu papierosa, aby samemu się zaciągnąć, odchylając do tyłu głowę w zadowoleniu.
— Byłem na weselszych stypach — stwierdził głośno, usadowiając się na wolnym miejscu, które odpowiadało temu, przy którym zawsze siadał w kuchni. Wyciągnął nogi do przodu pod stołem, krzyżując je w kostkach. Poza tymi detalami jak brak butów czy papierosów, wyglądał absolutnie poprawnie na swoje standardy: włosy zaczesane Ulizanną, aby ukryć jego loki, gładko ogolona twarz, wyprasowana koszula, spodnie z zakladkami, złoty łańcuszek czasozmieniacza, a nawet rodowy sygnet, pozostawały na miejscu.
Martwił się o Septimę, ale poprosił Malwę, aby zostawiła na jej szafce eliksir na problemy żołądkowe i wzmacniający oraz szklankę wody.
Nalał sobie herbaty do filiżanki, dodał trochę mleka z dzbanuszka i zamieszał, tak że ani razu nie stuknął metalem o porcelanę. Przynajmniej do momentu, gdy wydawało mu się, że zobaczył w oknie sylwetkę panny Ollivander. Udawał, że wcale nie. Zwłaszcza, że uwaga zdecydowanie skupiała się gdzieś poza nim. Bardzo dobrze.