Tak, bo nigdy chyba jeszcze tak bardzo nie wysilała swoich pojedynczych komórek odpowiedzialnych za myślenie, nie musiała. Ta sytuacja jednak ją do tego zmusiła. Kalkulowała w głowie wszystko bardzo dokładnie, rozkładała sobie tę sytuację na części pierwsze, liczyła niczym jakąś skomplikowaną całkę, czy coś. Chyba udało jej się dotrzeć do tych informacji, które potrzebowała, chociaż zajęło to dłuższą chwilę.
Nie było co zwlekać, podzieliła się z nim tą informacją dosyć szybko, bo co jej pozostawało? Miała udawać, że nie zna jego ojca, później spotkają się nie daj Merlinie gdzieś zupełnie przypadkiem i się tej znajomości nie wyprze. Lekka kraksa.
Nie żartowałaby sobie z takich rzeczy. Ogólnie jej poczucie humoru raczej kulało, nigdy w życiu nie wpadłaby na podobny żart. To była prawda, bolesna prawda, chociaż może nie było, aż tak źle. W końcu nie był to brat jej ojca, ani siostra, tylko jakiś tam kuzyn. Kuzyn, nie wiadomo po kim, to przecież prawie nie rodzina, prawda? Mieli tylko gdzieś tam to samo nazwisko, ale już teraz nie. To nie powinno się liczyć, prawda?
Twarz jej zbladła, widać po niej było, że mocno się przejęła tą sytuacją, musiała pamiętać o tym, żeby oddychać, nie mogła zapomnieć o tej podstawowej czynności, bo jeszcze dołączy do swojej martwej siostry, tak właściwie to problem przynajmniej sam by się rozwiązał... Żarcik.
- Tak, usiądźmy, bo zaraz się przewrócę. - Na całe szczęście nieopodal znajdowała się ławeczka, na której mogli sobie przysiąść i to wszystko przedyskutować. Piękne róże za nią rosły, tyle, że nie był to odpowiedni moment na zachwycanie się przyrodą. Pojawił się problem, przynajmniej na początku wyglądało to na problem, czy faktycznie okaże się problemem, to dopiero wyjdzie za chwilę.
Avery wpatrywała się w swoje buty, wydawały się jej one teraz nad wyraz interesujące, próbowała zebrać myśli. To chyba nie był dramat, zresztą wychodziło jakby na to, że Borgin był całkiem niezłą partią, z racji na znajomość ich rodziców, ciekawe, czy ktokolwiek poza jego ojcem wiedział, że Stanley to jego syn. Nie sądziła, żeby ta informacja miała szybko trafić do kogokolwiek.
Uniosła wzrok, gdy Borgin się odezwał. Chyba [i[ich[/i] nie przekreślał. Kamień z serca. W zasadzie nie było nic dziwnego w tym, że czarodzieje dosyć często wiązali się ze swoimi krewnymi, szczególnie kiedy w grę wchodziła czysta krew, która była dla nich bardzo istotna. To wcale nie był taki duży problem, jak mogło się wydawać. - Naprawdę tak myślisz? - Wolała się upewnić. - Nie jesteśmy blisko spokrewnieni, to chyba nie jest problem, jakiś duży. - Jeden drobny kamień na ich wyboistej drodze. Miała wrażenie, że jakaś siła wyższa bardzo chce im utrudnić egzystencję na tym świecie. Kiedy choć przez chwilę wydawało się, że są szczęśliwi zawsze działo się coś. Może miała to być ostatnia kłoda rzucona im pod nogi? Oby tak było, bo ile jeszcze w stanie będą razem znieść? Każdy miał jakieś granice. - Skoro tak mówisz, to może faktycznie wszystko będzie w porządku, chociaż trochę mnie to przeraziło, na samym początku. - Podzieliła się jeszcze swoimi obawami.