– Dbam o nie na tyle ile jestem w stanie, czyli jak kończę pracę to zazwyczaj faktycznie kończę, a nie robię kolejnych dziesięciu godzin nadgodzin żeby pójść do domu, jeszcze coś porobić, a potem spać góra dwie godziny i wrócić do pracy – odparła spokojnie, przyglądając się tym pustkom na ścianach, na regałach, na stoliku… – Przecież nie odmówię polecenia służbowego. Tym bardziej, że zupełnie nie wiedziałyśmy, że to leże smoka. Nic na to nie wskazywało – dodała, odkładając znowu szklankę, tym razem pustą, na stół i zakręciła sobie kosmyk dość długich, niemal czarnych włosów na palec, jakby mówiła od niechcenia. Nie odmówiłaby polecenia służbowego, bo co, może jej też kazaliby wypierdalać, chociaż swoje zdrowie poświęciła Ministerstwu i to przez to, że tak mało ich przydzielili do pilnowania sabatu. Ale gdyby jej tak kazali wypierdalać, to też by nie wróciła. Bo, jak już mówiła, nic nie była im winna. Teraz to Ministerstwo było winne jej. – Wiele tłumaczy? Niby co to tłumaczy? – ach, teraz rzeczywiście nie miała zielonego pojęcia o co Rodolphusowi w ogóle chodzi, dlatego uniosła wyżej jedną brew. – Nie do końca zaspokaja? A co, chcesz usłyszeć, że nie mogliśmy się teleportować z jaskini, smoczyca była bardziej niż wściekła i zionęła na nas ogniem? – tak właśnie szła ta bajka o smoku. Bardzo nie bajkowa, bo smok nie strzegł żadnej królewny, tylko swoich jaj, a te zniknęły. Księżniczki za to zostały potraktowane… na ciepło. I dobrze, że Victoria w ogóle tam była, bo inaczej niewiele zostałoby z Brenny, a tak, mogła wziąć całe uderzenie na siebie. Bardzo dosłownie. – Straciłam tam mój ulubiony mundur – poskarżyła się, bo łatwo można było sobie dosklejać co się stało. A przynajmniej pewną tego część. Czy to spotkanie zamazało pewne dziwne napięcie, które od jakiegoś czasu wisiało w powietrzu pomiędzy nią a Brenną, a wokół czego obie kobiety chodziły jak na paluszkach, nie chcąc zaczynać tematu? Nie. Ale choć raz to nie Longbottom zasłaniała kogoś swoim ciałem.
Nic poza tym, co sama wiedziała… A pewnie wiedziała więcej niż normalna osoba, bo widziała te głupie widma z bliska i traktowała je patronusem, co zostało bardzo skrzętnie przemilczane w raporcie… wiadomo dlaczego. To, że czuła się przy nich trochę tak, jakby była znowu w limbo, to był kolejny puzzel. Była ciekawa, ile zdołali się dowiedzieć w Departamencie Tajemnic – czy nic, tak jak w przypadku Zimnych, albo czy coś… cokolwiek, i jak zwykle woleli być tajemniczy, co nikomu nie służyło. Całe swoje życie mieszkała w Dolinie, a teraz kiedy wstęp do Kniei był zakazany i naprawdę koszmarnie niebezpieczny… Mogła tylko się uśmiechnąć, wyciągając jeden kącik pełnych ust w górę.
– No tak – skomentowała tylko, pozwalając, by temat naturalnie się zmienił… na kwestię umeblowania mieszkania.
Tutaj mogła tylko załamać ręce.
– Kurzołapów… Zobacz – wyciągnęła rękę do swojej torebki, którą wcześniej tak bezceremonialnie rzuciła na stolik, by wyciągnąć z niej różdżkę. Była pewna, że Rodolphus zna te zaklęcia, ale po prostu niemogłasiępowstrzymać. To znaczy – mogła, ale nie chciała. Powoli zrobiła odpowiedni ruch nadgarstkiem. – Machasz różdżką raz i kurz znika. Jest przecież kilka różnych zaklęć do sprzątania. Domu, ubrań z krwi i resztek błotoryja, suszenia… – zaczęła wyliczać, pokazując to na palcach wolnej dłoni, a na koniec uśmiechnęła się iście niewinnie. – Rozumiem, że dotychczas robił to wszystko za ciebie skrzat? To proponuję ci poćwiczyć, bardzo ułatwia życie, jeśli tak ci przeszkadza najdrobniejszy pyłek na stole – sama miała pierdolca na punkcie czystości, u niej też wszystko miało swoje miejsce, było poukładane, posortowane i tak dalej. Ale pusta przestrzeń też nie była dobra, bo zaburzała jej zmysł estetyki; albo jak by to powiedziała znając takie wyrażenie: zaburzało to jej feng shui. – Tak, widzę, że jesteś typowym facetem w moim otoczeniu. Dogadałbyś się z Saurielem i Stanleyem– westchnęła, ale nie dawała za wygraną. – Za to ja się znam na roślinach. Mogę ci podsunąć takie, które nie wymagają dużo uwagi, mogą stać w cieniu, a na dodatek trudno je ubić. Rośliny dobrze wpływają na zdrowie, wiesz? Zwłaszcza na problemy z gardłem i bólami głowy. To nie jest tylko jakaś tam bzdurna ozdóbka – nie kupowała tych wymówek o przesuwaniu, bo sama lubiła jak wszystko jest równo, symetrycznie i tak dalej, a jednak była w stanie swoje mnóstwo roślin wkomponować w otoczenie. – Nie masz skrzata? – zapytała z przekąsem. – Nie możesz poprosić ojca, żeby skrzat wpadła tu nie wiem, dwa razy w tygodniu i podlał kwiatki? Albo nawet raz w tygodniu na kilka minut? – skrzaty były lojalne do bólu, swego pana by przecież nie zdradził, dlatego Victoria spojrzała na Rodoplhusa z pewnym politowaniem. Ale była w tym hipokrytką, bo sama właśnie „uciekała” z domu, całkowicie pewna, że zostanie pozbawiona dostępu do skrzatki, która całe życie przy niej była, sprzątała, pomagała, gotowała… Ale jakoś będzie musiała sobie poradzić. Najgorsza jednak będzie rozmowa z matką, ale wszystko przed panną Lestrange, póki co ona i Isabella udawały, że nie widzą tej drugiej, obrażone na siebie.