• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself

[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#7
19.03.2024, 00:54  ✶  
Mówiła mu wiele rzeczy. Było to stwierdzenie w swojej prostocie mało inteligentne, bo przecież na tym polegały ludzkie relacje - na komunikacji. Oni jednak zdawali się rzucać monetą przy każdym temacie, który mógł zostać poruszony; orzeł i był to moment, w którym zmuszeni byli użyć słów, reszka i z ukontentowaniem pozwalali wybrzmieć co najwyżej ciszy i znaczącym spojrzeniom. Ku ich zadowoleniu też, przynajmniej dotychczasowym, liczącym sobie jakieś 21 lat, moneta którą się posługiwali była wyważona i tylko umiejętne złapanie jej sprawiało, że losowała pierwszą z opcji. A przyzwyczajenie było też rzeczą ludzką i to milczenie zgryzło się umiejętnie w samą podstawę ich wspólnego życia, stając jednym z fundamentów. Może dlatego, kiedy chodziło o rzeczy ważne, które czasem zwyczajnie potrzebowała powiedzieć, nigdy nie mówiła mu tego prosto w twarz. Szeptała, nachylając się do jego ucha, kiedy najbardziej tracił kontakt z rzeczywistością; kiedy balansował gdzieś na granicy głębokiego snu, albo kiedy oczy miał całkowicie mętne od wypitego alkoholu. Mówiła mu rzeczy absurdalne lub najbardziej ciążące - chcąc wyrzucić je z siebie, ale też bojąc się co by zrobił, gdyby usłyszał je w pełni świadom. Co widzisz w naszej przyszłości? - zastanawiała się nie raz, pytając o wizje, które do niego przychodziły. Myślisz, że mógłbyś się kiedyś ze mną ożenić? - nie potrzebowała tego, ale zawsze zastanawiała się nad tym, czy był w stanie tak się dla niej poświęcić. Chciałbyś mieć kiedyś dzieci? - dukała może nieco nieśmiało, obracając w palcach papierosa, kiedy siedzieli na werandzie. On nie będąc w stanie siedzieć prosto, a ona całkowicie trzeźwa, bo trzy dni wcześniej uświadomiła sobie, że coś było nie tak. W końcu też jednak sięgała po tematy też niemal idiotyczne, ale równie ważne, kiedy pytała go czy kochałby ją, gdyby była gumochłonem?

W większości wypadków plótł trzy po trzy, nie rozumiejąc w ogóle o co jej chodzi. Nie dlaczego zadaje te pytania, ale właściwie jakie słowa wpadają do jego głowy, bo te zdawały się tam zlepiać w jedną, niemożliwą do zidentyfikowania masę. Kiedy na czymś bardzo jej zależało, wybierała sobie momenty, kiedy znajdował się w stanie o wiele bardziej przyswajalnym. Takim, po którym pozostawało następnego ranka zmarszczyć brwi i zastanawiać się, czy należało pomyśleć że to sen, czy może była to najprawdziwsza prawda. Mulciber jednak wydawał się albo kompletnie ukontentowany z faktu, że mogły mu się niektóre rzeczy zwyczajnie przyśnić, albo zbyt wygodnie rozsiadł się w panującej między nimi ciszy.

Zawsze będę twoja. Szeptała mu do ucha, kiedy nie mogła spać, a on jakimś cudem pogrążony był we śnie, leżąc na poduszkach koło niej. Przeczesywała palcami jego włosy, bawiąc się nimi trochę i delikatnie drapiąc go po skórze karków czy pleców. Było to lepsze niż patrzenie w sufit, a repetytywność ruchów pozwalała by znużenie przyszło szybciej i w końcu przymknęło jej własne powieki.

A teraz, czuła się trochę że gdyby dotknęła go z taką samą delikatnością, to rozpadłaby się na kawałki. Jakby im lżejsze miało być muśnięcie jej dłoni, tym bardziej miało nią poruszyć. A tak bardzo chciała ująć go teraz za twarz, by przestał się miotać, przestał wykrzywiać swoją twarz w irytacji i posłuchał jej, jak mówi mu prosto i wyraźnie znowu te same słowa.
- Zawsze byłam tylko twoja - żachnęła się, jakby to co chodziło jej po głowie ani trochę nie pokrywało się z tym, co była w stanie teraz zrobić. Obiecała sobie, że będzie w tej Francji silna, nie ważne jak bardzo była rozbita i sama potrzebowała pocieszenia. Musiała być silna dla niego.

Pierdolenie. Pomyślała, ale bardziej rozżalona niż zła. Patrzyła na niego uważnie, w głowie mieląc to, jak bardzo nienawidziła czasem tego jak usilnie stawiał ją na jakimś prekognicyjnym piedestale, siebie spychając nie tyle na dalszy plan, co w ogóle nie biorąc pod uwagę. Było coś faktycznie łapiącego serce w tym, jak traktował samego siebie. Tak, jesteś okrutny, Alexandrze chciała mu przyznać rację. Ale nie dlatego jak traktujesz mnie, a przez to jak traktujesz osobę, którą wciąż kocham po tych wszystkich latach. Którą kocham najbardziej na świecie.

Ale zamiast tego, pokręciła zniecierpliwiona głową.
- Nigdy - syknęła, tak samo sfrustrowana jak on zdawał się być. On nie miał prawa narzekać, kiedy była tutaj dla niego, a on usilnie odpychał ją od siebie, tak jakby właśnie nie powiedział jej, jak bardzo chciał ją tutaj zabrać. Była tutaj. Obok niego, trzymając go za rękę, a mimo to wciąż była dla niego tylko zjawą. Dobrze, mogła grać tę rolę. Nie pierwszy nie ostatni raz, ale w tej chwili zdawało się ją to ranić bardziej jak zwykle.

- Nie, nie wiesz. - oznajmiła z niezadowoleniem. - Bo ty nigdy nie chcesz patrzeć na swoją przyszłość. Tak było kiedyś i tak jest teraz. To akurat się nie zmieniło. Gdyby było inaczej, nie pierdoliłbyś mi tutaj, że ja mam przyszłość, a ty nie. - była zła, ale złość ta szybko została odłożona na bok, kiedy zasadzona przez Alexandra myśl, powoli wykiełkowała. Zacisnęła usta, czując jak to co zaczyna rozumieć, dotyka ją do żywego. - Wszystko można naprawić - wyszeptała, spoglądając na niego ze zmartwieniem.

Pokręciła delikatnie głową, bardziej do siebie, niż do niego, zwyczajnie nie wiedząc, co powinna zrobić. Nagle wszystko nabrało zupełnie innych barw, z przejrzystych i skąpanych w promieniach słońca, zmieniając się na o wiele cięższe, lepkie wręcz od czerwieni. Było jej słabo, jakby chciała podzielić nieco jego nastrój, a z drugiej strony poczuła coś na kształt tego, co sam przed chwilą jej powiedział. Przez parę sekund była pijana ze szczęścia. Ale przecież Donald nie był martwy. Nie z tego co było jej wiadomo - wciąż leżał w lecznicy, bez większych perspektyw na przyszłość, ale dalej oddychał.

Najwyraźniej ten jeden raz Axel miał rację - jego przyszłość faktycznie wydawała się malować w nieciekawych barwach.

- Jak mogę mieć moje słońce na własność, skoro cały czas ode mnie uciekasz? - była w tym pewna naiwność, ale tym razem nie wypierała się tego przynajmniej przed samą sobą. Bo chciała, żeby to on był tym jej słońcem. Żeby się wreszcie zamknął i zrozumiał, że odmawiała przyjąć jakikolwiek inny stan rzeczy. Kiedyś pewnie przerwałaby tę dyskusję pocałunkiem, ale teraz? Teraz było to niemożliwe. A mimo wszystko jej spojrzenie na moment uciekło do jego ust, bo zwyczajnie nie mogła się przed tym powstrzymać.

Prawda była taka, że nie czuła się szczęśliwa, odkąd ją zostawił. Ale tego nie mogła mu powiedzieć.

- Jeśli ty nie chcesz być moim, to ja mogę być twoim słońcem - rzuciła, a potem zmarszczyła brwi nieco gniewnie, bo nie chciała, żeby akurat te słowa zobaczyły światło dzienne. To było jak poddanie się w ich nieustannej walce o to, kto był czyim Słońcem, ale w tym momencie i słysząc to wszystko, a dokładniej tę część o jego bracie, była gotowa poddać się chociaż na ułamek sekundy.

Opuściła spojrzenie na jego dłoń, na dłuższą chwilę tam właśnie je zatrzymując i muskając je wargami, jakby to miało odciągnąć i jego i ją od głupiej deklaracji, której właśnie się dopuściła.

O czym myślisz? Chciała go jeszcze zapytać, bo urwał znowu, nie kończąc myśli, a ona zwyczajnie chciała wiedzieć. Chciała usłyszeć wszystko, co mógł mieć jej do powiedzenia, ale zaraz zdała sobie sprawę z tego, co właściwie zmusiło go do milczenia.

Poczuła, jak pociąga ją ku górze, zmuszając do podniesienia się na równe nogi, zaskakująco szybko jak na kogoś w jego stanie, i mimowolnie zesztywniała pod jego dotykiem. Jej dłonie, teraz już wolne, automatycznie podniosły się ku górze, kiedy oparł rękę o jej twarz i to na jej nadgarstku zacisnęły się nerwowo, jakby bała się że zrobi coś więcej. Coś innego. A zaraz potem czuła jak robi jej się gorąco z zażenowania. Jak mdli ją na to, jak zareagowało jej własne ciało, bo przecież tak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że on nigdy by jej tak nie skrzywdził. Zamrugała parę razy, czując jak oczy pieką ja zdradziecko.

Prawdę powiedziawszy, to zdążyła zapomnieć o tym, co znajdowało się na jej szyi. Wszyscy inni w pewien grzeczny sposób ignorowali jej stan, rozumiejąc między wierszami to, że nie była tutaj tylko dla Alexandra. Z resztą... przecież to nie był jej pierwszy raz, bo do Francji, tej pełnej cygańskich wozów i spokoju oblanych słońcem bezdroży, uciekała chętnie kiedy to co jej robili inni okazywało się ją przerastać. Niechętnie też patrzyła w zabrudzone lustro, które znajdowało się w wozie, który dzieliła z Alexandrem, poświęcając sobie zaledwie tyle czasu, ile było konieczne, nie rozdrabniając się nad próżnościami.

Poluźniła uchwyt, przez moment wręcz desperacki, pozwalając rękom opaść bezwładnie wzdłuż ciała, kiedy złapał ją za ramiona, przyciągając do siebie. Była niczym laleczka, ale tym razem nie jego w tym urokliwym, nieco zaczepnym znaczeniu, a raczej jak bezwolna kukiełka, z którą można było zrobić absolutnie wszystko. Zabaweczką, jak to Louvain określił w niedawnym liście.

Pokręciła przecząco głową na jego pytania, nie będąc jednak w stanie wydobyć z siebie jakiejś zbornej myśli, bo te krążyły wręcz rozszalałe, niczym chmara pszczół brzęcząca w jej głowie. Poczyliła twarz do przodu, bo nie chciała na niego patrzeć. Nie mogła, a jednocześnie uniosła też dłonie do ust, chcąc stłumić spazmatyczny szloch, który sprawił że zadrżała. Problemem nie było to, że ktoś ją skrzywdził - to miało w jej życiu miejsce regularnie. Cierpienie stało się nieodłącznym wręcz fragmentem rutyny, a ona chętnie je nawet usprawiedliwiała. Problemem było to, że to na co teraz spoglądał Alexander, zrobił jej brat - osoba, której nie mogła tak zwyczajnie wskazać palcem jako winnego. Nie była w stanie.

Znowu pokręciła głową. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Na każde kolejne pytanie, czy to faktycznie im zaprzeczając, czy to nie chcąc na nie odpowiadać. Walczyła też sama ze sobą. Z płaczem, który wzbierał gdzieś w piersi, ale stłamszony zaczął się uspokajać, rozumiejąc że jeszcze przyjdzie na niego czas. Wtedy, kiedy będzie sama i nikt nie będzie na nią patrzył.

Odsunęła się od niego na tyle, na ile jej pozwolił, czując że nie jest w stanie całkiem umknąć z jego uścisku, a spojrzenie mimowolnie zaczęło błądzić. Po nim, jego twarzy i rękach, a potem dalej, w bok, uciekając w zieleń trawy i błękitu niezapominajek, jakby tam szukając miejsca, gdzie mogła się schować. Ale potem, jako że nie była w stanie takie miejsca znaleźć, odsunęła się od niego znowu, ale już nie ciałem. Alexander, ze spojrzeniem skoncentrowanym na jej twarzy, mógł zobaczyć jak Rosie cofa się gdzieś w środku. Jak rysy jej twarzy powoli tracą na wyrazie i martwieją, a zasnute wilgocią oczy obojętnieją. Robiła to zawsze, kiedy bolało ją najbardziej, ale nawet on nie miał okazji widzieć jej takiej zbyt często. Patrzyły na niego zielone oczy, takie same jak te, które spoglądały na niego te siedem lat temu w rezydencji Mulciberów.

- Nie. To ja jestem z tobą. Jestem tutaj z tobą, bo ty nie chcesz być ze mną. Bo mnie zostawiłeś samą i nie jestem w stanie sobie poradzić. Nie widzisz tego? Kiedy jesteśmy osobno, krzywdzimy samych siebie, żeby cokolwiek poczuć. Gdybyś mnie teraz zobaczył naprawdę, nic by się nie zmieniło, Alexandrze. Wyglądałabym dokładnie tak samo, bo zapominasz że to czego się obawiasz, może faktycznie się wydarzyć. To że nas nie było przy sobie nigdy niczego nie było w stanie naprawić, a było tylko źródłem dalszych problemów.


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (10044), Ambrosia McKinnon (8087)




Wiadomości w tym wątku
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 06.01.2024, 04:39
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 24.01.2024, 07:34
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 24.01.2024, 20:18
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 26.02.2024, 00:29
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 27.02.2024, 18:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 14.03.2024, 01:32
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 19.03.2024, 00:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 19.03.2024, 01:28
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 30.03.2024, 03:23
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 12.05.2024, 22:42
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 16.05.2024, 04:23

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa