Nie było to wcale takie łatwe, ale w końcu faktycznie dotarło do niej, że może faktycznie Isaac mówi prawdę. Po co miałby ją okłamywać, to nie miało najmniejszego sensu.
- Uwielbiam ogniska, dużo bardziej od tych bali, czy innych oficjalnych imprez. - Przyznała mu się jeszcze do tego, bo mógł o tym nie wiedzieć i czuła dziwną potrzebę podzielenia się tym.
- Nie, nie, nie. - Musiała wrócić do tematu zieleni jeszcze raz, bo mogło to nieco skomplikować sprawę, chociaż jej zdaniem nie powinno. Przedstawiła to w najprostszy sposób, jaki dla niej istniał, porównała do tego, co było najbardziej znajome. - Zimowy mech, taki ciemnozielony, nie jaśniejący. - Nie chodziło jej o ten sprany i wyblakły kolor. - Może po prostu ciemnozielony, ułatwi ci to? Będziemy sabotować Ślizgonów. - Zieleń to nie była typowa barwa Gryfonów, Yaxley podejrzewała, że wybór barwy sukienki mógł być spowodowany przez matkę tym rozczarowaniem, że nie trafiła do domu Slytherina, jako jedyna ze swojego rodzeństwa. Nie skomentowała tego jednak nawet w liście, mimo nienawiści do Ślizgonów to kolor zielony był jednym z jej ulubionych.
- Nie ma innej takiej dwójki jak my. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo.
- Nie sądzisz chyba, że będę chodzić asekuracyjnie z flaszką ognistej za pazuchą? To za dużo, nawet jak dla mnie. - Piersiówkę jeszcze była w stanie gdzieś schować, ale całą butelkę, z tym mógł być problem i mogła przeszkadzać w codziennych sprawach. Doceniała możliwości swojego przyjaciela, niestety będą musieli się zadowolić maksymalnie pełną piersiówką, no chyba, że się wcześniej umówią, to wtedy nie będzie problemem przynieść większej ilości alkoholu.
- Oczywiście, że dam ci znać. - Teraz, po tym zapewnieniu to już będzie czuła taki obowiązek, gdy tylko pojawią się motyle, czy tam ćmy, to da mu znać.
Dłonie Isaaca były zimne, niedobrze, musieli iść się rozgrzać. - Mi nie, mam przecież szatę, ale martwi mnie, że ty zachorujesz, może uda mi się wycyganić jakąś miskę zupy na rozgrzanie od skrzatów. - Było już dosyć późno, więc będzie musiała się uśmiechnąć do pracowników kuchni, co wcale nie było dla niej problemem.
Ruszyli więc w stronę zamku, poza zimnem chyba nic im nie doskwierało. Po tej całkiem mocno filozoficznej rozmowie, której Geraldine zupełnie się nie spodziewała.