Zaśmiała się na wymieniane przez Brennę tytuły. Nie rozpoznała w jej głosie żadnej zawiści, co do tego, że prędzej spotka się z takim powitaniem niż własne imię. W głębi duszy Regina zazdrościła takiego podejścia, bo bycie określaną „ta wysoka” lub „ta olbrzymka” nigdy jej się nie podobało. Zresztą zawsze miało to wydźwięk negatywny.
— Tak, w Stanach? To w ich stylu, zakładam, że nie miały tam dostatecznie dużo miejsca lub coś je przestraszyło. Wbrew pozorom to bardzo emocjonalne stworzenia.
Na wspomnienie o Pokątnej Cymbał potrząsnął głową, a później całym ciałkiem, jakby zrozumiał, co się do niego mówi. Regina spojrzała na niego badawczo, bo nigdy nie podejrzewała go o jakiś wysoki iloraz inteligencji. Tym bardziej nie sądziła, że może rozumieć więcej niż dwa słowa z angielskiego.
— Pączki? Chyba nigdy nie nadarzyła się okazja, żeby spróbował takich słodkości. Prędzej bym powiedziała, że ma nosa do ciekawych osób. A dym… — przerwała na moment, by ukradkowo zaczerpnąć powietrza i przy okazji poczuć, czym na dobrą sprawę pachniała Brenna. — Ministerstwo tnie koszty, jeżeli chodzi o wentylacje czy może dym i ten jego ciężkawy zapach to wizytówki Brygady?
Miodowe oczy zabłysły wesoło, a prawy kącik ust powędrował do góry, w lekkim, nieco zawadiackim uśmiechu.