Nie poruszył się na krześle. Patrzył na Perseusa wielkimi, sarnimi oczami, które zamarły utkwione w detalu złotej litery na grzbiecie książki, wystającej z jego perspektywy zza lewego ucha lekarza. Nie chciał patrzeć na twarz mężczyzny, bo była zbyt piękna, aby być z nim szczerym.
— Bycie zbesztanym przez pana, doktorze Black, to sama przyjemność, proszę się więc nie krępować — stwierdził z żartobliwym uśmiechem, echo Morpheusa, który po raz pierwszy pojawił się w progu gabinetu, skierowany na kontrolę stanu magipsychicznego ze swojego Departamentu. Zanim przepracował poczucie odrzucenia i zanim ono w ogóle się pojawiło, roziskrzony Morpheus, który nawet w czerni przypominał bardziej rozgwieżdżone niebo. Jego ton niemal zakrawał na nieprofesjonalną kokieterię. Nie miało znaczenia, jak dużo to powie tamtemu na jego temat Perseusowi, homoseksualizm w zaciszu domowym nie był już nielegalny, a on nie miałby nic naprzeciwko, gdyby magipsychiatra zrobił użytek ze swojej laski w nieco mniej konwencjonalny sposób, najlepiej wprost na jego skórze. Nad tym pewnie też powinien popracować, ale jak ma się przyznać, że wszystko się zaczęło od groźby Vakela Dolohova, że ten odgryzie mu palec?
— Pamięta doktor, jak opowiadałem o tym, że chociaż dużo bliżej mi do wody, to mój umysł płonie? Tylko w tej chwili wiem, że siostra Agatha jutro pojawi się w pracy z pierścionkiem na palcu, a siostra Monica wróci do domu zmęczona i okaże się, że zostawiła zapalony piecyk, więc jej rachunek w lipcu będzie niebotycznie drogi. Łatwo jest to filtrować, gdy nie ma się personalnego powiązania z osobą, którą się widzi. Jednak... po Beltane... Po Beltane nie mogę przestać patrzeć w przyszłość tych, których kocham. I boję się tego. Gubię czas. Nie wiem, jakie wydarzenia następują po sobie, bo widzę je wcześniej. Czasami mylę wizję, której zapobiegłem z tą, która się wydarzyła.
Westchnął ciężko i skierował twarz ku oknu. Rośliny w pełnym, letnim rozkwicie, cieszyły oko nawet z zakurzonego gabinetu, a przez uchylone okno ptasi trel podnosił na duchu.
— Cały czas myślę, że mogłem go uratować. Stanąć przed nim i zginąć zamiast niego. Moja data przydatności zbliża się ku końcowi, czuję to teraz, gdy śmierć jest tak namacalna. Nie wiem, czy to mówiłem już doktorowi. Moim zwierzęciem totemicznym jest kukułka. Wzbudza to śmiech, podrzucanie jajek do cudzych gniazd, ale gdy słyszysz kukułkę, liczysz jej kukanie, bo tyle lat życia ci pozostało. Ostatnio koło mojego okna usiadł samiec kukułki. Nie kuknął ani razu.