19.03.2024, 13:03 ✶
To była cenna informacja - to, że Victoria jako tako o siebie dbała. Kiwnął głową na znak, że rozumie i poniekąd to pochwala. Sam robił to samo, bo przecież typową pracę zazwyczaj zostawiał w Ministerstwie. Rzadko kiedy brał ją do domu, zwłaszcza teraz. Po pierwsze: nie powinien, z racji tego nad czym pracowali w Departamencie Tajemnic. Po drugie: balansy w życiu były szalenie ważne i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Gdy dopowiedziała resztę bajki o smoku, nie mógł powstrzymać się przed cichym prychnięciem. Rzadko kiedy się śmiał, praktycznie nigdy sobie na to nie pozwalał. Ale nie był przecież z kamienia, miał ludzkie odruchy, chociaż nie były one tak ekspresyjne, jak u innych. A cała ta historia była tak absurdalna, szczególnie z tym mundurem, że ciężko było nie reagować.
- Victorio - powiedział poważnie, kręcąc głową. - To, że znam zaklęcia, które potrafią się pozbyć kurzu nie oznacza, że będę ich chętnie częściej używał. Uważam, że te przedmioty są zbędne. I nie zmieni to faktu, że kurz przyciągają, a ja mam inne rzeczy do roboty, niż sprzątanie. Jeśli chodzi o skrzaty, to...
Zawahał się. Kurwa, jebane skrzaty. Nie mógł powiedzieć kuzynce, że po ostatniej wyprawie z Robertem to najchętniej zmiótłby każdego skrzata z powierzchni ziemi. Cholerne, parszywe stworzenia. Skrzywił się odrobinę na samo wspomnienie tego, co się stało w drodze do Londynu. Potężny czarodziej, pokonany przez skrzata domowego. Ach, jego duma ucierpiała wtedy tak bardzo, że nie potrzebował przysięgi wieczystej, by nigdy nie poruszać z nikim tego tematu.
- Czasem przychodzi. Głównie jak go wezwę. I nie jestem pewny, czy chciałbym poznawać twojego byłego narzeczonego - zmarszczył jednak brwi, jakby sięgając pamięcią do pracy sprzed kilku dni. Słyszał to imię na korytarzach Ministerstwa, ale niejednemu psu na imię burek, prawda? - Stanley... To imię powinno mi coś mówić? Mam wrażenie, że przewinęło się w Ministerstwie na korytarzach ostatnio.
Uparta baba. Widać, że byli rodziną - nigdy nie daliby rady tego ukryć. Tak się czepiła tych kwiatów, że jeszcze chwila, a dla świętego spokoju się zgodzi.
- Dlaczego tak usilnie chcesz wcisnąć mi kwiaty do mieszkania? Nie możesz urządzać swojej sypialni w rodzinnej posiadłości po swojemu? - odparował, ale bez jadu w głosie. Ot, normalna rozmowa, a przecież on nie wiedział, że kuzynka była w trakcie wyprowadzki. Po prostu jeżeli była chociaż w małej części taka, jak on, to już widział kolejną przesyłkę do swojego mieszkania. A potem niezapowiedzianą wizytę, by sprawdzić, czy te kwiaty faktycznie żyją i czy w ogóle ich nie wywalił. Spróbował więc odrobinę zmienić temat, by Victoria dała za wygraną, chociaż doskonale wiedział, że tak się nie stanie. Ale kim by był, gdyby chociaż nie spróbował?
Gdy dopowiedziała resztę bajki o smoku, nie mógł powstrzymać się przed cichym prychnięciem. Rzadko kiedy się śmiał, praktycznie nigdy sobie na to nie pozwalał. Ale nie był przecież z kamienia, miał ludzkie odruchy, chociaż nie były one tak ekspresyjne, jak u innych. A cała ta historia była tak absurdalna, szczególnie z tym mundurem, że ciężko było nie reagować.
- Victorio - powiedział poważnie, kręcąc głową. - To, że znam zaklęcia, które potrafią się pozbyć kurzu nie oznacza, że będę ich chętnie częściej używał. Uważam, że te przedmioty są zbędne. I nie zmieni to faktu, że kurz przyciągają, a ja mam inne rzeczy do roboty, niż sprzątanie. Jeśli chodzi o skrzaty, to...
Zawahał się. Kurwa, jebane skrzaty. Nie mógł powiedzieć kuzynce, że po ostatniej wyprawie z Robertem to najchętniej zmiótłby każdego skrzata z powierzchni ziemi. Cholerne, parszywe stworzenia. Skrzywił się odrobinę na samo wspomnienie tego, co się stało w drodze do Londynu. Potężny czarodziej, pokonany przez skrzata domowego. Ach, jego duma ucierpiała wtedy tak bardzo, że nie potrzebował przysięgi wieczystej, by nigdy nie poruszać z nikim tego tematu.
- Czasem przychodzi. Głównie jak go wezwę. I nie jestem pewny, czy chciałbym poznawać twojego byłego narzeczonego - zmarszczył jednak brwi, jakby sięgając pamięcią do pracy sprzed kilku dni. Słyszał to imię na korytarzach Ministerstwa, ale niejednemu psu na imię burek, prawda? - Stanley... To imię powinno mi coś mówić? Mam wrażenie, że przewinęło się w Ministerstwie na korytarzach ostatnio.
Uparta baba. Widać, że byli rodziną - nigdy nie daliby rady tego ukryć. Tak się czepiła tych kwiatów, że jeszcze chwila, a dla świętego spokoju się zgodzi.
- Dlaczego tak usilnie chcesz wcisnąć mi kwiaty do mieszkania? Nie możesz urządzać swojej sypialni w rodzinnej posiadłości po swojemu? - odparował, ale bez jadu w głosie. Ot, normalna rozmowa, a przecież on nie wiedział, że kuzynka była w trakcie wyprowadzki. Po prostu jeżeli była chociaż w małej części taka, jak on, to już widział kolejną przesyłkę do swojego mieszkania. A potem niezapowiedzianą wizytę, by sprawdzić, czy te kwiaty faktycznie żyją i czy w ogóle ich nie wywalił. Spróbował więc odrobinę zmienić temat, by Victoria dała za wygraną, chociaż doskonale wiedział, że tak się nie stanie. Ale kim by był, gdyby chociaż nie spróbował?