Myślałam, że coś mnie połączyło z panem Longbottomem. Że nadajemy na tej samej fali. Że dlatego mi się tak swobodnie z nim rozmawia. Ale on po prostu był nauczony, jak to robić. Charyzma wylewała się poza skalę, jednocześnie nie dając tego po sobie poznać. Nieświadoma, czułam się, jak gdybym to ja podniosła sobie poziom socjalności w ostatnich tygodniach.
Co akurat też było prawdą, ale w tym przypadku miało niewielkie znaczenie.
— Rozumiem... — pokiwałam głową. — Czyli to może być też wspomnienie albo zapomniany pomysł... To bardzo dobra wróżba, dziękuję.
Nie byłam pewna, czy za coś takiego się dziękowało. A może powinnam mu zapłacić? Co prawda nie był cyganką naciągającą turystów, a o jego usługi nie prosiłam... Cóż za niezręczna sytuacja. I znając życie po prostu myślę o tym za bardzo.
Patrzył się na moją twarz. Wiedziałam dlaczego. Nie wyglądał na zniesmaczonego, co wynikało pewnie z wysokiej kultury osobistej. A może miał do tego neutralny stosunek i po prostu był ciekawy? Takie blizny to nie jest często spotykana rzecz. Ale co zrobię, jak nic nie zrobię. Trwałych sposobów na blizny po magicznym ogniu nie było, a tymczasowych wygładzaczy nie chciałam używać... Bo wtedy szok po zobaczeniu mojej prawdziwej twarzy byłby jeszcze większy. Tylko kilka osób z rodziny było na tyle odważnych, by rzucić swoje sugestie w kwestii "naprawy" mojego lica. Reszta kazała mi się nie przejmować, ale dobrze wiedziałam, że w swoim gronie mówili "jaka ta Ula biedna, teraz to już na pewno nie znajdzie męża". Śmieszni.
Jak ten Longbottom ładnie mówił. Jaka szkoda, że geny tej rodziny nie dotarły do mnie w żadnym szczególnym stopniu. Ostatnią elegancką i artystyczną osobą na moim drzewie jest moja babcia. Wszyscy Lovegoodowie, których poznałam, są również niesamowici. A ja taka ot, głupia chłopka. Która myśli, że sposób mówienia jest dziedziczna. A wystarczyło, żebym czytała Jane Austen zamiast Batmana.
Odpalił mi się kalkulator w umyśle. Skoro studiuje przyszłość od dwudziestu lat... nie mam pojęcia, kiedy zdolności przewidywania się objawiają, więc ta informacja oznacza, że mężczyzna ma co najmniej trzydzieści lat, co można było poznać już po jego wyglądzie. No cóż, czasem myślenie analityczne nie wychodzi.
— Czy jest pan zawodowym jasnowidzem? To znaczy, ma pan swój gabinet, przyjmuje klientów i tak dalej? — Wyobraziłam sobie Longbottoma w grubym egzotycznym szlafroku, frędzlach i jedwabnych dywanach rozwieszonych na ścianach. Na stole leży szklana kula i karty tarota. Mężczyzna podnosi jedną z nich — muchomor. Słynny znak fortuny i powrotów...
Spuściłam głowę.
— Poza pokojem u Lysandra nie mam gdzie wracać, ale raczej nie ukazał się panu muchomor, by pogonić mnie już do spania, prawda? Wciąż jeszcze widno, a ja tak bardzo lubię oglądać zachody na polu.
Przez moment przeszła mi przez głowę myśl, żeby poprosić o wróżbę dotyczącą mojej przyszłości artystycznej (lub jej braku). Ale przecież nie wyciągnie tej wróżby z kieszeni, poza tym, to chyba niegrzeczne prosić go teraz o coś takiego, jak ewidentnie nie były to jego godziny pracy. Może spytam o wizytówkę? Chociaż na pewno nie miał żadnej ze sobą. Kto zabierałby wizytówki na spacer w polu.