19.03.2024, 20:48 ✶
Omiótł Mulclibera spojrzeniem, kiwając jeszcze głową na przywitanie i obdarzył go spokojnym, wciąż nieco łobuzerskim uśmiechem. Nie wiedział, czy spodziewać się obiadu (bo przecież utkwiło mu w głowie, jak Robert sprzątał tamtą melinę), zadania, czy może jakieś reprymendy, bo zrobił coś nieodpowiednio dla Śmierciożerców. W to ostatnie byłoby mu jednak ciężko uwierzyć, bo pomimo zawiłości swojego charakteru i nie oszukujmy się, bycia odrobinę klaunem, Tosiek był kimś, na kim można było polegać i zawsze się przykładał. Głównie dlatego, tak szybko dostał dobre stanowisko i tak doskonale podrabiał pisma, pieczęcie i inne pierdoły.
- Nie byłem pewien, co lubisz, więc wybrałem coś, co sam bym kupił. - wyjaśnił mu spokojnie, wzruszając nieco ramionami. Nie chciał go urazić odpowiednim alkoholem, bo pomimo wieku średniego, nieco specyficznego sposobu bycia i małomówności, wolałby cierpliwości Roberta nie testować. Pewnie dostałby wpierdol, może dobitniejszy niż od własnego ojca, po którym wciąż nosił mnóstwo blizn — tych wewnątrz i tych na zewnątrz, skrytych pod drogim i dopasowanym ubraniem. Pomocne? Nie chodziło chyba o hipnozę? Młody urzędnik wsunął dłonie w kieszenie, kolejny już raz kiwając głową. - Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Czyżbyś spodziewał się gości z Ministerstwa, Robercie?
Konsternacja na twarzy Anthonyego Borgina osiągnęła jakiś punkt kryzysowy, gdy usłyszał głos swojego brata, najlepszego przyjaciela i poniekąd ojca, rzucający beztroskie "stęskniłeś się". Gdyby była to jedna z mugolskich animacji, pojawiłyby mu się znaki zapytania nad głową, którą ostatecznie przekręcił i ściągnął brwi, wędrując pytającym spojrzeniem pomiędzy dwójką mężczyzn. Pierwsze skojarzenie, pierwsza myśl, która pojawiła się w jego głowie, była okropna, obrzydliwa poniekąd i Stasiek pewnie rzuciłby go jakimś Crucio przynajmniej, więc zacisnął wargi, aby nie rzucić przypadkiem tekstem o intensywnym romansie pomiędzy tą dwójką. Może to był powód, dla którego nie miał żony? Czy Robert miał żonę? Zdał sobie sprawę, jak niewiele o swoim opiekunie w organizacji, do której zmuszony był dołączyć, wiedział.
-Stasiek kurwa? - powtórzył ostatecznie, nie bardzo wiedząc, co mądrego powiedzieć, żeby nie rozpętać drugiej wojny czarodziejów. Wskazał na siebie palcem, a potem na Roberta.- To mój opiekun na służbie Czarnoksiężnika. - wyjaśnił najlepiej i najprościej, jak umiał. - Idziemy we trójkę na jakieś zlecenie? - tym razem, spojrzenie przeniosło się na Roberta. Nie widział innego powodu, dla którego zebrałby dwóch Borginów na kupie, gdy jeden nie wiedział o drugim. Przesunął palcami po rękawie koszuli, pozbywając się z niego niewidzialnego pyłku. Bywał pedantyczny, trochę księżniczkowaty, ale taki był urok dość wysokiej pozycji w Ministerstwie i przyzwyczajenia do komfortu płynącego z galeonów. Westchnął, bo uśmiech Roberta sprawił, że znów pomyślał o nieszczęsnej teorii romantycznej, wiec przetarł palcami oczy, przeklinając brzydko, ale i bezgłośnie pod nosem.
- Coś mnie ominęło, zaręczyłeś się Stasiek z Margaret i potrzebujecie, nie wiem, mojej pomocy w czymś związanym z rodem? Bo to wygląda, jak rodzinna kolacja celebrująca więzi. - zapytał zbity z tropu już zupełnie, nie mając pojęcia, kim są wymieniani przez niego ludzie — może poza jego bratem, o którym siłą rzeczy słyszał. Wstał z kanapy, bo jakoś głupio było mu przez Staśka siedzieć, skoro ten tkwił, jak ten kołek na środku salonu z niezadowoleniem na twarzy. - Przykro mi bardzo Robercie, że Twoja żona nie czuje się najlepiej. Jeśli mógłbym coś zrobić, daj mi znać. - dodał jeszcze, zupełnie szczerze. Antoś, król klaunów, nie był typem liżącym komuś tyłek, kierował się głównie własnymi emocjami, egoizmem i dobrem rodziny, słynąc poza salonami z bycia paskudnie bezczelnym. Skoro więc proponował coś takiego, robił to z głębi swojego serduszka. Westchnął, skupiając spojrzenie na Stanleyu. Kolacja i romanse nie brzmiały jak zadanie dla Voldemorta. Żadnych morderstw na wieczór, tak przed deserem? Wsunął dłonie w kieszenie. - Właściwie to bardzo miłe z Twojej strony, zgłodniałem.
Stwierdził do gospodarza, starając się dopasować do zaistniałej sytuacji. Co by się nie działo, miał obok Staśka, więc sobie poradzą.
- Nie byłem pewien, co lubisz, więc wybrałem coś, co sam bym kupił. - wyjaśnił mu spokojnie, wzruszając nieco ramionami. Nie chciał go urazić odpowiednim alkoholem, bo pomimo wieku średniego, nieco specyficznego sposobu bycia i małomówności, wolałby cierpliwości Roberta nie testować. Pewnie dostałby wpierdol, może dobitniejszy niż od własnego ojca, po którym wciąż nosił mnóstwo blizn — tych wewnątrz i tych na zewnątrz, skrytych pod drogim i dopasowanym ubraniem. Pomocne? Nie chodziło chyba o hipnozę? Młody urzędnik wsunął dłonie w kieszenie, kolejny już raz kiwając głową. - Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Czyżbyś spodziewał się gości z Ministerstwa, Robercie?
Konsternacja na twarzy Anthonyego Borgina osiągnęła jakiś punkt kryzysowy, gdy usłyszał głos swojego brata, najlepszego przyjaciela i poniekąd ojca, rzucający beztroskie "stęskniłeś się". Gdyby była to jedna z mugolskich animacji, pojawiłyby mu się znaki zapytania nad głową, którą ostatecznie przekręcił i ściągnął brwi, wędrując pytającym spojrzeniem pomiędzy dwójką mężczyzn. Pierwsze skojarzenie, pierwsza myśl, która pojawiła się w jego głowie, była okropna, obrzydliwa poniekąd i Stasiek pewnie rzuciłby go jakimś Crucio przynajmniej, więc zacisnął wargi, aby nie rzucić przypadkiem tekstem o intensywnym romansie pomiędzy tą dwójką. Może to był powód, dla którego nie miał żony? Czy Robert miał żonę? Zdał sobie sprawę, jak niewiele o swoim opiekunie w organizacji, do której zmuszony był dołączyć, wiedział.
-Stasiek kurwa? - powtórzył ostatecznie, nie bardzo wiedząc, co mądrego powiedzieć, żeby nie rozpętać drugiej wojny czarodziejów. Wskazał na siebie palcem, a potem na Roberta.- To mój opiekun na służbie Czarnoksiężnika. - wyjaśnił najlepiej i najprościej, jak umiał. - Idziemy we trójkę na jakieś zlecenie? - tym razem, spojrzenie przeniosło się na Roberta. Nie widział innego powodu, dla którego zebrałby dwóch Borginów na kupie, gdy jeden nie wiedział o drugim. Przesunął palcami po rękawie koszuli, pozbywając się z niego niewidzialnego pyłku. Bywał pedantyczny, trochę księżniczkowaty, ale taki był urok dość wysokiej pozycji w Ministerstwie i przyzwyczajenia do komfortu płynącego z galeonów. Westchnął, bo uśmiech Roberta sprawił, że znów pomyślał o nieszczęsnej teorii romantycznej, wiec przetarł palcami oczy, przeklinając brzydko, ale i bezgłośnie pod nosem.
- Coś mnie ominęło, zaręczyłeś się Stasiek z Margaret i potrzebujecie, nie wiem, mojej pomocy w czymś związanym z rodem? Bo to wygląda, jak rodzinna kolacja celebrująca więzi. - zapytał zbity z tropu już zupełnie, nie mając pojęcia, kim są wymieniani przez niego ludzie — może poza jego bratem, o którym siłą rzeczy słyszał. Wstał z kanapy, bo jakoś głupio było mu przez Staśka siedzieć, skoro ten tkwił, jak ten kołek na środku salonu z niezadowoleniem na twarzy. - Przykro mi bardzo Robercie, że Twoja żona nie czuje się najlepiej. Jeśli mógłbym coś zrobić, daj mi znać. - dodał jeszcze, zupełnie szczerze. Antoś, król klaunów, nie był typem liżącym komuś tyłek, kierował się głównie własnymi emocjami, egoizmem i dobrem rodziny, słynąc poza salonami z bycia paskudnie bezczelnym. Skoro więc proponował coś takiego, robił to z głębi swojego serduszka. Westchnął, skupiając spojrzenie na Stanleyu. Kolacja i romanse nie brzmiały jak zadanie dla Voldemorta. Żadnych morderstw na wieczór, tak przed deserem? Wsunął dłonie w kieszenie. - Właściwie to bardzo miłe z Twojej strony, zgłodniałem.
Stwierdził do gospodarza, starając się dopasować do zaistniałej sytuacji. Co by się nie działo, miał obok Staśka, więc sobie poradzą.