19.03.2024, 22:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2024, 23:18 przez Anthony Ian Borgin.)
Chciała, czy nie — została Różyczką, przynajmniej w głowie Anthonyego. Pasowało to do jej perfum, niepozornej aparycji i zdawać się mogło, nieco "kolczastego" charakteru. Lubił wyzwania, bawił się świetnie — niezależnie, jak irytacja była widoczna w jej błękitnych tęczówkach. Dlaczego wyglądała na taką zirytowaną? To były przecież ładne kwiaty, kobiety je kochały! Niby chciał zapytać, ale Borgin ostatecznie zacisnął tylko wargi i uśmiechnął się, skupiając spojrzenie na twarzy swojej przypadkowej, kryzysowej narzeczonej.
-Za kogoś interesującego. Zauważyłaś, że wszystko odbierasz negatywnie lub jako atak? Wykończysz się nerwowo. - stwierdził po chwili, ściągając na chwilę brwi w zaniepokojeniu. Brała go chyba strasznie dosłownie, nie dostrzegała zadziorności i zwykłego zainteresowania, które maskował łobuzerstwem i pewnością siebie. Antek był trochę królem klaunów, trzeba było się do niego przyzwyczaić. Chociaż tupnięcie nogą dodałoby jej uroku, a on zwyczajnie by się roześmiał, rozbrojony na łopatki. Zbliżył się do niej, zaintrygowany nieco cienkim papierosem, bo daleko było mu do ciężkich fajek, które on wybierał lub cygar.
- To zależy, ostatnio trochę mniej spędzamy razem czasu. No i jeszcze kwestia L.. Mniejsza. - pokręcił głową, nie chcąc poruszać tematu Brenny oraz plotek od niej i jego przyjacielu. Z każdym dniem radził sobie z tym coraz lepiej, a do tego nie mógłby przecież Atreusa znienawidzić przez babę, chociaż w przyszłości mogły podzielić ich znacznie poważniejsze sprawy. - Daj spróbować Różyczko. - poprosił miło, uśmiechając się i ruchem głowy wskazał na papierosa, niecoś się nachylając. Aromat kłującego kwiatu wpadł mu do nozdrzy, mieszając się z jego wodą kolońską, nieco ją łagodząc.
Kobiety lubiły takich mężczyzn jak Atre. Zawsze mówili właściwie rzeczy, zawsze to ich wybierano, niezależnie, jak ktoś inny by się starał. Tosiek nie miał ogólnie rzecz biorąc kompleksów — nie był jakiś brzydki czy koślawy, miał dobre korzenie, był bogaty, ambitny i miał karierę, ale było w nim trochę goryczy zebranej przez te dziesięć lat biegania za Brenną, która ostatecznie wybrała największego kobieciarza z Hogwartu. Ciężko stwierdzić, czy tytuł ten należał się bardziej Atre, czy Louvanowi, aczkolwiek dzierżył go ktoś z bandy Borgina. A nie był to Stasiek z tym swoim brakiem gustu.
- Chyba że pierścionek zaręczynowy. - zauważył rozbawiony, złość mu już przeszła. Westchnął, kiwając głową. Odszedł nieco, przez dłuższą chwilę milcząc i wyglądając poza balustradę tarasu, omiótł spojrzeniem ciemne niebo. Powietrze było nieco lepkie, brakowało deszczu — chociaż nie powinien go sobie życzyć, bo znając Wielką Brytanię, potem będzie lało dwa tygodnie. Noce letnie były zbyt krótkie, wolał te dłuższe, otulone śniegiem.
- Powinnaś z tym uważać, żyjemy w niebezpiecznych czasach. Nie bierz od nieznajomych, ale mnie już przecież znasz. - zerknął na nią przez ramię, którym wcześniej wzruszył. - No tak, gdzie moje maniery. - puknął się ostentacyjnie w czoło, jakby miał od tego zmądrzeć, co w dłuższej perspektywie, chyba Antkowi nie groziło. Odwrócił się i znów do niej podszedł, delikatnie ujmując jej dłoń. - Anthony Ian Borgin, komornik z Departamentu Skarbu, Twój narzeczony. - ucałował jej wierzch, patrząc na nią z dołu, nawet posłusznie i ulegle, gdy wargi tkwiły nieco dłużej, niż powinny, przy miękkiej skórze. A potem się wyprostował, rozluźnił dłonie i kolejny raz, dość bezwstydnie, przesunął po jej twarzy wzrokiem. Wolał, gdy mówiła, ale milczenie nie było ciężkie.
No i mieli towarzystwo, na co westchnął, wywrócił oczami i szybko zaznaczył swój teren — lub raczej "swoją" kobietę, pewnie, ale i delikatnie obejmując jej talię. Nie ufał wstawionym mężczyznom ich pokroju, których spojrzenie skupiało się głównie na dekolcie. Zachowywali się, jak banda małp na wybiegu, ale powstrzymał się od tego komentarza. Znali się, ale z Borgin był daleko ponad tym, co sobą reprezentowali i z pewnością nie spędzał z nimi czasu. Cofnął się pół kroku, gdy skończył brudzić jej ręce, ciągnąć ją za sobą, jakby miała się od nich czymś zarazić. Spojrzenie chłopaka nieco się zmieniło, niby wciąż przyjazne i nonszalanckie, ale zdawał się stawiać nieco wyżej, od tej irytującej go dwójki. Zero szacunku do kobiet! Bo Antoś owszem, był bezczelny i miał głupie odzywki, ale na dłuższą metę, był dość grzeczny i nie rozbierał innych wzrokiem, gdy nie była stworzona ku temu odpowiednia okazja. Zerknął czasem, jak to mężczyzna, ale nie robił tego nachalnie.
- Na pewno nie, kochanie. Nie dojdzie to ich uszu, prawda panowie? Zrobiło się chłodniej, nie sądzisz? - spojrzał na nią z troską, oczywiście skupiając się na jej twarzy. Puścił ją na chwilę, zsuwając marynarkę i nakrył ją ramiona, przesuwając materiał tak, aby zasłonić nieco dekolt. A potem znów ją objął w talii, wracając uwagą do chichoczących pajaców, których odrobinę fantazja poniosła. Nic dziwnego, kiedy się tak do nich uśmiechnęła. Anthony wywrócił oczami, a potem również się uśmiechnął, przytakując.
- Będziemy się już zbierać. Mogę liczyć na dyskrecję? - puścił im oczko, ale po ramieniu ich nie poklepał. - Daj nam sekundę kochanie, zaraz do Ciebie przyjdę. - poprosił, puszczając ją niechętnie, wskazując dłonią na drzwi.
Gdy nieco się oddaliła, zbliżył się do tego bardziej nachalnego i westchnął, spoglądając mu w oczy. Pijany człowiek nie umiał się bronić przed doświadczonym hipnotyzerem, zwłaszcza gdy rozkaz miał być tak przyziemny i prosty. Spojrzał mężczyźnie w oczy.
- Jeśli jeszcze raz będziesz rozebrał Pannę Greengrass wzrokiem lub w myślach, pójdziesz wskoczyć do gnojówki. Rozumiemy się?
Drugi był tak podchmielony, że i tak Różyczki nie będzie pamiętał. Odczekał kilka sekund, aż jego ułomna ofiara mrugnie, a potem przytaknął z zadowoleniem, nazywając go grzecznym chłopcem i żegnając się, dołączył do kobiety.
- Musiałem przekazać coś związanego z pracą. Możemy iść? Zabiorę Cię do domu. - skłamał odnośnie pracy, ale poza tym, wciąż się uśmiechał, oferując jej ramię i powolnie ruszając w stronę wyjścia z saloniku, aby potem pokonać korytarze i udać się do pomieszczenia, gdzie zostawiali ewentualne odzienie wierzchnie lub pojazdy. Musiał ją przecież odstawić do domu bezpiecznie. Kryzysem będzie martwił się jutro.
-Za kogoś interesującego. Zauważyłaś, że wszystko odbierasz negatywnie lub jako atak? Wykończysz się nerwowo. - stwierdził po chwili, ściągając na chwilę brwi w zaniepokojeniu. Brała go chyba strasznie dosłownie, nie dostrzegała zadziorności i zwykłego zainteresowania, które maskował łobuzerstwem i pewnością siebie. Antek był trochę królem klaunów, trzeba było się do niego przyzwyczaić. Chociaż tupnięcie nogą dodałoby jej uroku, a on zwyczajnie by się roześmiał, rozbrojony na łopatki. Zbliżył się do niej, zaintrygowany nieco cienkim papierosem, bo daleko było mu do ciężkich fajek, które on wybierał lub cygar.
- To zależy, ostatnio trochę mniej spędzamy razem czasu. No i jeszcze kwestia L.. Mniejsza. - pokręcił głową, nie chcąc poruszać tematu Brenny oraz plotek od niej i jego przyjacielu. Z każdym dniem radził sobie z tym coraz lepiej, a do tego nie mógłby przecież Atreusa znienawidzić przez babę, chociaż w przyszłości mogły podzielić ich znacznie poważniejsze sprawy. - Daj spróbować Różyczko. - poprosił miło, uśmiechając się i ruchem głowy wskazał na papierosa, niecoś się nachylając. Aromat kłującego kwiatu wpadł mu do nozdrzy, mieszając się z jego wodą kolońską, nieco ją łagodząc.
Kobiety lubiły takich mężczyzn jak Atre. Zawsze mówili właściwie rzeczy, zawsze to ich wybierano, niezależnie, jak ktoś inny by się starał. Tosiek nie miał ogólnie rzecz biorąc kompleksów — nie był jakiś brzydki czy koślawy, miał dobre korzenie, był bogaty, ambitny i miał karierę, ale było w nim trochę goryczy zebranej przez te dziesięć lat biegania za Brenną, która ostatecznie wybrała największego kobieciarza z Hogwartu. Ciężko stwierdzić, czy tytuł ten należał się bardziej Atre, czy Louvanowi, aczkolwiek dzierżył go ktoś z bandy Borgina. A nie był to Stasiek z tym swoim brakiem gustu.
- Chyba że pierścionek zaręczynowy. - zauważył rozbawiony, złość mu już przeszła. Westchnął, kiwając głową. Odszedł nieco, przez dłuższą chwilę milcząc i wyglądając poza balustradę tarasu, omiótł spojrzeniem ciemne niebo. Powietrze było nieco lepkie, brakowało deszczu — chociaż nie powinien go sobie życzyć, bo znając Wielką Brytanię, potem będzie lało dwa tygodnie. Noce letnie były zbyt krótkie, wolał te dłuższe, otulone śniegiem.
- Powinnaś z tym uważać, żyjemy w niebezpiecznych czasach. Nie bierz od nieznajomych, ale mnie już przecież znasz. - zerknął na nią przez ramię, którym wcześniej wzruszył. - No tak, gdzie moje maniery. - puknął się ostentacyjnie w czoło, jakby miał od tego zmądrzeć, co w dłuższej perspektywie, chyba Antkowi nie groziło. Odwrócił się i znów do niej podszedł, delikatnie ujmując jej dłoń. - Anthony Ian Borgin, komornik z Departamentu Skarbu, Twój narzeczony. - ucałował jej wierzch, patrząc na nią z dołu, nawet posłusznie i ulegle, gdy wargi tkwiły nieco dłużej, niż powinny, przy miękkiej skórze. A potem się wyprostował, rozluźnił dłonie i kolejny raz, dość bezwstydnie, przesunął po jej twarzy wzrokiem. Wolał, gdy mówiła, ale milczenie nie było ciężkie.
No i mieli towarzystwo, na co westchnął, wywrócił oczami i szybko zaznaczył swój teren — lub raczej "swoją" kobietę, pewnie, ale i delikatnie obejmując jej talię. Nie ufał wstawionym mężczyznom ich pokroju, których spojrzenie skupiało się głównie na dekolcie. Zachowywali się, jak banda małp na wybiegu, ale powstrzymał się od tego komentarza. Znali się, ale z Borgin był daleko ponad tym, co sobą reprezentowali i z pewnością nie spędzał z nimi czasu. Cofnął się pół kroku, gdy skończył brudzić jej ręce, ciągnąć ją za sobą, jakby miała się od nich czymś zarazić. Spojrzenie chłopaka nieco się zmieniło, niby wciąż przyjazne i nonszalanckie, ale zdawał się stawiać nieco wyżej, od tej irytującej go dwójki. Zero szacunku do kobiet! Bo Antoś owszem, był bezczelny i miał głupie odzywki, ale na dłuższą metę, był dość grzeczny i nie rozbierał innych wzrokiem, gdy nie była stworzona ku temu odpowiednia okazja. Zerknął czasem, jak to mężczyzna, ale nie robił tego nachalnie.
- Na pewno nie, kochanie. Nie dojdzie to ich uszu, prawda panowie? Zrobiło się chłodniej, nie sądzisz? - spojrzał na nią z troską, oczywiście skupiając się na jej twarzy. Puścił ją na chwilę, zsuwając marynarkę i nakrył ją ramiona, przesuwając materiał tak, aby zasłonić nieco dekolt. A potem znów ją objął w talii, wracając uwagą do chichoczących pajaców, których odrobinę fantazja poniosła. Nic dziwnego, kiedy się tak do nich uśmiechnęła. Anthony wywrócił oczami, a potem również się uśmiechnął, przytakując.
- Będziemy się już zbierać. Mogę liczyć na dyskrecję? - puścił im oczko, ale po ramieniu ich nie poklepał. - Daj nam sekundę kochanie, zaraz do Ciebie przyjdę. - poprosił, puszczając ją niechętnie, wskazując dłonią na drzwi.
Gdy nieco się oddaliła, zbliżył się do tego bardziej nachalnego i westchnął, spoglądając mu w oczy. Pijany człowiek nie umiał się bronić przed doświadczonym hipnotyzerem, zwłaszcza gdy rozkaz miał być tak przyziemny i prosty. Spojrzał mężczyźnie w oczy.
- Jeśli jeszcze raz będziesz rozebrał Pannę Greengrass wzrokiem lub w myślach, pójdziesz wskoczyć do gnojówki. Rozumiemy się?
Drugi był tak podchmielony, że i tak Różyczki nie będzie pamiętał. Odczekał kilka sekund, aż jego ułomna ofiara mrugnie, a potem przytaknął z zadowoleniem, nazywając go grzecznym chłopcem i żegnając się, dołączył do kobiety.
- Musiałem przekazać coś związanego z pracą. Możemy iść? Zabiorę Cię do domu. - skłamał odnośnie pracy, ale poza tym, wciąż się uśmiechał, oferując jej ramię i powolnie ruszając w stronę wyjścia z saloniku, aby potem pokonać korytarze i udać się do pomieszczenia, gdzie zostawiali ewentualne odzienie wierzchnie lub pojazdy. Musiał ją przecież odstawić do domu bezpiecznie. Kryzysem będzie martwił się jutro.
Koniec sesji