20.03.2024, 01:11 ✶
Kurwa. Jasne, że miał to wyliczone. Oni z jakiegoś powodu pamiętali absolutnie wszystko, wszystkie daty, wszystkie pierdoły, a tym co pamiętał on były głównie emocje. To wrażenie, jakie w nim zostawili, słowa do których zmusiła go sytuacja. Nie potrafiłby przypomnieć sobie kiedy pierwszy raz wszedł do tego łóżka i go pocałował, ale pamiętał jak przerażenie wycofywało się na bok, jak ich twarze muskały ostatnie promienie letniego słońca, jak... Jak robił sobie nadzieję na to, że to wcale nie skończy się jak zawsze, a on sam będzie czuł się tutaj dobrze. Dlaczego on nigdzie nie potrafił czuć się jak u siebie w domu? Zawsze stał z boku. Z chłopaka doczepionego do podziemnego świata Fontaine stał się mężczyzną doczepionym do cyrkowego świata Alexandra Bella. To był jego dom, jego dokumenty, jego praca i jego życie. Stworzył tę sceniczną personę i te wszystkie elementy budujące Fantasmagorię, tak jak stworzył Crowa i rył te cholerne korytarze. Gdyby mu zadać pytanie czego on właściwie chciał, co w życiu osiągnął, to zaśmiałby się tylko. To była dla niego tak wielką niewiadomą i...
Chciał stąd uciec, znowu. Boże, wszechświecie, jakakolwiek wyższa siło jaka mogła gdzieś tam nad nim czuwać, jeżeli ludzie naprawdę nie zamieniali się po śmierci proch i nie tracili świadomości na zawsze, to on już wcale nie chciał się zabić, zabicie się nie wystarczyło, on potrzebował przestać istnieć. Gdyby się nie urodził, to nie musiałby tego słyszeć, nie stałby tutaj zasłaniając twarz ze wstydu, że już któryś raz w tym miesiącu stał tu i ryczał, jakby wcale nie był dorosłym facetem mogącym z pełną świadomością wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, tylko tym małym, durnym, porzuconym przez matkę dzieckiem, które Tully przyciągnął tutaj za fraki i posadził przed miską owsianki smakującej tak obrzydliwie i gorzko, że do dzisiaj nie potrafił zmyć tego smaku z języka. Bo owsianki powinny być słodkie, a kochający się ludzie powinni stale zapewniać się o tym, że to uczucie jakie ich łączyło wciąż istniało. Jak ten debil mógł tego nie rozumieć?
Zacisnął palce na jego koszuli, nie odsuwając się od niego nawet o włos, nawet na sekundę. Przywarł do niego całą możliwą powierzchnią swojego ciała i próbował oddychać, ale to oddychanie wychodziło mu tak dobrze jak mówienie w takich chwilach - bardziej przypomniało to dławienie się powietrzem niż wykonywanie podstawowych funkcji życiowych.
- Wcale nie chciałem stąd iść - wyszeptał wreszcie, ledwo słyszalnie, bo twarz miał opuszczoną w dół - to było po prostu cholernie irytujące, że nie chciałeś, żebym tu został. - Tak bardzo, aby ten jednen impuls zadecydował o zniknięciu na dwa pełne dni. - Ale niech będzie - bo już to przecież słyszał, prawda? Że był kotem, jakimś cholernym dachowcem do dokarmiania. Ledwo mówił, ledwo łączył te słowa w pełne zdania, ale podniósł głowę do góry i spojrzał na niego. Wiedział, że nie wyglądał dobrze, ale to najwyraźniej pozostawało bez znaczenia, bo Al miał zamknięte oczy. - Zawsze będziesz na mnie czekał? - Nawet pięć lat, chociaż zostawił za sobą tylko cholerną kartkę? Piętnaście? Chociaż nie dał znaku życia ani razu, jakby to co zostawił za plecami nie miało żadnego znaczenia? - Powiedz mi to, p-przynajmniej to.
Chciał stąd uciec, znowu. Boże, wszechświecie, jakakolwiek wyższa siło jaka mogła gdzieś tam nad nim czuwać, jeżeli ludzie naprawdę nie zamieniali się po śmierci proch i nie tracili świadomości na zawsze, to on już wcale nie chciał się zabić, zabicie się nie wystarczyło, on potrzebował przestać istnieć. Gdyby się nie urodził, to nie musiałby tego słyszeć, nie stałby tutaj zasłaniając twarz ze wstydu, że już któryś raz w tym miesiącu stał tu i ryczał, jakby wcale nie był dorosłym facetem mogącym z pełną świadomością wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, tylko tym małym, durnym, porzuconym przez matkę dzieckiem, które Tully przyciągnął tutaj za fraki i posadził przed miską owsianki smakującej tak obrzydliwie i gorzko, że do dzisiaj nie potrafił zmyć tego smaku z języka. Bo owsianki powinny być słodkie, a kochający się ludzie powinni stale zapewniać się o tym, że to uczucie jakie ich łączyło wciąż istniało. Jak ten debil mógł tego nie rozumieć?
Zacisnął palce na jego koszuli, nie odsuwając się od niego nawet o włos, nawet na sekundę. Przywarł do niego całą możliwą powierzchnią swojego ciała i próbował oddychać, ale to oddychanie wychodziło mu tak dobrze jak mówienie w takich chwilach - bardziej przypomniało to dławienie się powietrzem niż wykonywanie podstawowych funkcji życiowych.
- Wcale nie chciałem stąd iść - wyszeptał wreszcie, ledwo słyszalnie, bo twarz miał opuszczoną w dół - to było po prostu cholernie irytujące, że nie chciałeś, żebym tu został. - Tak bardzo, aby ten jednen impuls zadecydował o zniknięciu na dwa pełne dni. - Ale niech będzie - bo już to przecież słyszał, prawda? Że był kotem, jakimś cholernym dachowcem do dokarmiania. Ledwo mówił, ledwo łączył te słowa w pełne zdania, ale podniósł głowę do góry i spojrzał na niego. Wiedział, że nie wyglądał dobrze, ale to najwyraźniej pozostawało bez znaczenia, bo Al miał zamknięte oczy. - Zawsze będziesz na mnie czekał? - Nawet pięć lat, chociaż zostawił za sobą tylko cholerną kartkę? Piętnaście? Chociaż nie dał znaku życia ani razu, jakby to co zostawił za plecami nie miało żadnego znaczenia? - Powiedz mi to, p-przynajmniej to.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.