— Twoi rodzice mało o nas wiedzą, co? — spytał, wyszczerzając zęby w rozbrajającym uśmiechu. Jeśli faktycznie tak było, to było to trochę naiwne podejście. Bądź co bądź, gdy już zebrali się w trójkę, zmieniali się w istne diabły. — Chyba będę musiał im wysłać kartkę z pozdrowieniami. I informacją, że wcale cię nie deprawujemy.
Czy byłoby to kłamstwo? Ciężko stwierdzić. Wprawdzie nie angażowali się w nielegalne interesy i działalność przestępczą, jednak niektórzy mogliby uznać, że wpływ, jaki mieli na siebie nawzajem, nie był w stu procentach zdrowy. Przygoda w parku mogłaby posłużyć za całkiem niezły przykład. Czy im to przeszkadzało? Cóż, każde z nich mogło trafić dużo gorzej, a tak przynajmniej mieli w sobie stuprocentowe oparcie. A to było coś, co raczej mało kto mógł powiedzieć o swoich najbliższych. Najważniejsze, że mieli siebie.
— Czasami mam ochotę — odpowiedział, jednak po chwili parsknął śmiechem. Objął ją z niemałym rozczuleniem, widząc blask w jej oczach. Chyba faktycznie nieźle się tutaj bawiła. — Napoiłaś mnie, nakarmiłaś mnie, przyprowadziłaś mnie tutaj... Tak. Wszystko jest w Twoich rękach.
Ani trochę nie zaskoczyło go to, że Heather udało się zgarnąć główną nagrodę. Zawsze uśmiechał się do niej los, więc nie pozostało mu nic innego jak tylko cieszyć się jej wygraną. Bądź co bądź, skoro byli tu razem, to prawie tak, jakby razem odnieśli zwycięstwo, co nie? Poza tym wolał już, żeby zgarnęła rzadkie wydanie opowiadań Barda Beedle'a, które będzie leżeć nieprzeczytane na półce przez najbliższe pięć lat, niż proponowała wspólne wyjście staremu Longbottomowi. Obecny układ o wiele bardziej mu pasował.
Chłopak wbił widelczyk w swój kawałek ciasta i wpakował go sobie do ust. Nie spodziewał się, że fart Rudej przejdzie także i na niego, więc wgryzł się ze smakiem w swój deser, niczym się nie przejmując. W końcu, jakie były szanse, że i on trafi na monetę? Cóż, najwidoczniej całkiem wysokie, ponieważ nagle poczuł w zębach coś twardego i momentalnie spanikował, a talerzyk prawie wypadł mu z ręki. Przyłożył dłoń do ust i wyciągnął z nich srebrnego sykla.
— Chyba przynosisz mi szczęście — zażartował, wycierając serwetką monetę i obracając ją w palcach. — Mówili, że co za to dają? Jakąś specjalną kartę z czekoladowych żab?
Wolałbym gotówkę, pomyślał z zawodem, ale nie miał zamiaru narzekać. W najgorszym razie będzie to dobra pamiątka po tej niezapomnianej nocy, a w najlepszym, jeśli powinie mu się noga, to będzie mógł spieniężyć fant na jakimś targu lub u jakiegoś kolekcjonera. Zawsze to parę dodatkowych galeonów do przodu.
Nie wiedział, kiedy właściwie powinien odebrać podarek od Longbottomów, więc po prostu wsunął dowód wygranej do kieszeni marynarki. Jak będą wychodzić, to najwyżej zaczepi jakiegoś kelnera lub kogoś z rodziny. Ewentualnie za parę dni upomni się listownie o swoją własność. O albo poprosi Heather, aby zrobiła to za niego. W końcu pracowała w jednym departamencie z Brenną Longbottom, więc może dzięki temu to pójdzie jakoś szybciej?
— A więc do ogrodu! — rzucił z podekscytowaniem, gdy przebijali się w stronę baru, a po zgarnięciu stamtąd szampana, zniknęli za drzwiami prowadzącymi na zewnątrz. Tam na pewno będzie nieco spokojniej i kameralnie niż na tej wielkiej sali pełnej roztańczonych ludzi i tych przebrzydłych reporterów.