Z perspektywy innych gości musiało to wyglądać nieco komicznie, gdy skonfundowany Cameron starał się nadążyć za Heather, która zgarniała z kolejnych stolików alkohol i inne przekąski, kiedy sam ściskał w rękach mały talerzyk wypełniony różnymi wędlinami i ciastem. Co tu dużo mówić, Ruda była istnym żywym srebrem, a chaos panujący na przyjęciu, najwyraźniej tylko ten efekt spotęgował. Na szczęście szybko ulotnili się z głównej sali.
Tak, tutaj jest o wiele lepiej, stwierdził w myślach, delektując się ciepłym, nocnym powietrzem. Zdecydowanie był to znak, że zima traciła już ostatki sił i niedługo odda pałeczkę władzy wiośnie. Nie znał zbyt dobrze terenów zielonych otaczających posiadłość Longbottomów, więc pozwolił się poprowadzić Heather. Zdawało mu się, że wie, gdzie chce iść, więc postanowił nie wtrącać się z własnymi pomysłami. Mimo to zerknął tęskno w bok, tam, gdzie w oddali majaczyła mu sylwetka skrzydlatego konia. Cóż, może później pójdą go odwiedzić?
— A więc to było tylko przedstawienie? Dobrze wiedzieć. — Parsknął śmiechem i podszedł do ławki, jednak, zamiast usiąść jak człowiek, przysiadł na jej oparciu. Może po paru łykach szampana nie upadnie i nie rozbije sobie tego durnego łba. — Jednak nie chcesz mnie jako narzeczonego? Nie mów, że wypatrzyłaś sobie w tłumie nowy nabytek do haremu...
Pokręcił z rozczarowaniem głową. Rozkochała, przedstawiła prasie, wykorzystała, zgarnęła nagrodę w postaci książki dla dzieci, a teraz odrzuca w kąt, jak kolejną zabawkę. Zacmokał, jakby miał jej za złe takie podejście do sprawy. Przecież nie zasługiwał na takie traktowanie! Robił, co mógł, aby zapewnić jej szczęście, a teraz ona bawiła się jego kosztem i... i...
— Ejejejejej, nie tak dużo! Tylko dlatego, że to upolowałaś, nie znaczy, że możesz pić do dna! — Wtrącił się, wyraźnie poruszony tym, ile zawartości butelki zdążyło zniknąć w ustach dziewczyny. Odebrał od niej szampana i dla równowagi wypił równie dużo. Aż mu się odbiło. — Pij i nie marudź, co?
Korzystając z tego, że już przytargał ze sobą prowiant, zagryzł szampana plasterkiem szynki. Afrodyzjak to może nie był, jednak mięso zawsze sprawiało, że czuł się nieco... szczęśliwszy. Dodać do tego całkiem dobry alkohol, wyśmienite towarzystwo, a świat od razu nabierał kolorów.
— A więc tego nie było w planie? — Zmarszczył brwi, bo w sumie wszystkiego można było się po nich spodziewać. — Nasza „elyta” się tak nie bawi przy każdej okazji? Wystawianie ludzi na sprzedaż, nieoczekiwane transmutacje na sali... Brakowało tylko pokazu walk gladiatorów. Chociaż może nas to właśnie ominęło.
Wskazał widelczykiem posiadłość, a po chwili nabił na niego ciasto, które dostał w sali balowej tuż przed samym wyjściem. Wypadałoby je skończyć, żeby potem nie latać po podwórku z połową bufetu. Może sobie już na niczym nie połamie zębów i nie udławi. Skoro trafił już jedną monetę, a Heather drugą, to raczej szanse na kolejną „niespodziankę” były niewielkie.
— Dzięki Tobie lepiej niż zakładałem — przyznał bez większego zastanowienia. — Gdyby Ciebie tutaj nie było, a jakimś cudem dostałbym zaproszenie, to pewnie spędziłbym resztę nocy, krążąc wokół Cecylki i Cedrica. No i może wypiłbym parę kieliszków przy barze, jeśli byłaby okazja.
Raczej nie wziąłby udziału w licytacji, a jego głównym zajęciem byłoby zastanawianie się, co on tutaj właściwie do cholery robił. To w ogóle nie było jego środowisko, a powiązania z organizatorami miał niewielkie. Jako tako kojarzył rodzeństwo Longbottomów, jednak było to w dużej mierze związane z tym, że jego rodzeństwo się z nimi całkiem nieźle znało. Kto wie, gdyby nie Wood, to może by się nawet zmył przed czasem, aby w drodze do domu wpaść jeszcze do Dziurawego Kotła lub do Trzech Mioteł.
— Hmm? A co konkretnego masz na myśli? — spytał, celowo ją podjudzając do tego, aby się wygadała, co też miała w planach. Ostrożnie zszedł z oparcia ławki i wylądował tuż obok Heather. — No weź, nie każ mi zgadywać. Mi możesz powiedzieć. Przecież nie puszczę farby...