Nim wybrał się do Londynu, musiał przywdziać swoje przebranie. Nie było opcji, żeby ot tak pojawił się na Pokątnej. Nawet bez wojny na karku, nie miałby wtedy spokoju. Jego sposób na przebranie był prosty. Najzwyklejsza czarodziejska szata i kapelusz do kompletu. Do tego zaczesał włosy gładko do tyłu. Coś, czego normalnie nie robił. Ale to nie wszystko! Sztuczna, ale jakże realistyczna broda, okrągłe okulary i był gotowy!
To nie pierwszy raz, gdy Geraldine widziała go w tym stroju. Czasem, gdy chcieli się wybrać w dość zatłoczone miejsce, a jednocześnie mieć święty spokój, przywdziewał ten strój przeciętniaka.
— Oczywiście, jakże mógłbym nie znaleźć! — odpowiedział radośnie ale i przyciszonym głosem. Objął przyjaciółkę delikatnie, starając się nie podrażnić jej swoją krzaczastą brodą.
Skinął głową i podążył za czarownicą. Skrzywił się, gdy wiatr zawiał trochę dymu mu do nosa, ale nie miał zamiaru narzekać.
Gdy doszli na miejsce, Gio najpierw chciał rozejrzeć się, ile osób jest w środku. Ale pierwsze, co zobaczył, to kelner stojący na progu i sadzający gości.
— Gerry, wspominałaś coś o "knajpie"... To miejsce nie wygląda na "knajpę", a raczej na lokal, do którego mogą nas nie wpuścić w takich ubraniach... — rzucił do czarownicy cicho, by nikt poza nią nie usłyszał. Sądził, że on sam jeszcze mógł ujść w swoim neutralnym stroju, ale ewidentnie mugolskie ubrania codzienne... Musiał jej zaufać. Chyba wiedziała, co robi.