Rzeczywiście. Nie zamierzałem poprzestać na samym zniszczeniu sklepu. Wymagano od nas czegoś więcej i tym wymaganiom zamierzałem sprostać. Zamierzałem udowodnić, że zasługuje na to, żeby znaleźć się wśród jego popleczników; żeby stać się częścią rewolucji, która właśnie się rozpoczęła. Tego zresztą ode mnie oczekiwano.
Zajęty chłopakiem, nie zauważyłem pojawienia się niskiej dziewczyny, która odważyła się na to, żeby rzucić we mnie szafą. Nie spodziewałem się tego ataku i co za tym idzie - nie udało mi się go uniknąć. Zbyt późno we wszystkim się zorientowałem. Pośpiesznie rzucony przez Deborah czar, okazał się pomocny. Obrażenia były mniejsze. Spotkanie z meblem mniej bolesne. Mimo tego i tak wylądowałem na podłodze, głową uderzyłem o jedną ze ścian. Zabrakło mi na moment powietrza w płucach. Nie byłem w stanie szybko się podnieść. Pozbierać. Wesprzeć pozostałych.
Chłopak, który dotychczas znajdywał się pod moją kontrolą, wylądował na ziemi. Musiał się przy tym całkiem nieźle poobijać. Przerażony, korzystając z mojego stanu, zaczął się cofać pomiędzy meble. Szukał dla siebie kryjówki. Podobnie postąpiła jego wybawczyni, licząc na to, iż tym sposobem zdoła wydostać się z tego miejsca. Mieli sporo szczęścia. Deborah zajęta była kolejną ofiarą, ja nie do końca za wszystkim nadążałem.
Z ziemi zdołałem podnieść się na chwilę przed pojawieniem się Chestera. Podniosłem też różdżkę, która - całe szczęście - zdołała przetrwać w jednym kawałku.
- Cholerna szlama. - wyrzuciłem z siebie, starając się zorientować w tym, jak wyglądała sytuacja. Bez trudu namierzyłem swoją towarzyszkę. Nieznajomą naśladowczynię. Zaatakowana przez nią starsza kobieta wyglądała tak, jakby zdawała sobie sprawę z tego, że były to jej ostatnie minuty. Sekundy? - Zamierzasz się z nią dalej bawić? - zbliżając się do Deborah, zadałem pytanie. Nie krytykowałem. Nie ponaglałem, choć przecież na zabawę nie mieliśmy czasu. Na Pokątnej pojawili się już pierwsi wysłannicy Ministerstwa. Nie mogliśmy wszystkiego tego za bardzo przedłużać.
Przekonany, że to właśnie ona (starsza kobieta) była tą, która rzuciła we mnie szafą - Octavii nie zauważyłem - nie zajmowałem się poszukiwaniem drugiej kobiety. Nie traciłem też czasu na dzieciaka. Ma smarkacz szczęście. Następnym razem wszystko może potoczyć się inaczej. Na pewno potoczy się inaczej.
- Właśnie kończymy. - nie odwracając się w kierunku przywódcy, udzieliłem mu odpowiedzi. Bez zbędnych szczegółów, nie był to moment odpowiedni na zdawanie raportu. Wyciągnąłem w kierunku staruszki swoją różdżkę, kończąc to co zaczęła Deborah. Jedno zaklęcie. Sekunda. Może dwie. Ewentualnie trzy. Tyle tylko było trzeba, żeby przerwać ostatnie nici trzymające przy życiu tę, która stawiała nam opór; tę, która odważyła się przeciwko nam wystąpić. W niedługim czasie mało kto będzie na tyle odważny. Albo może raczej - głupi.