Nie pierwszy raz słyszał te słowa. Nie ona pierwsza mówiła, że ceni szczerość. Właściwie - to on pierwszy je wypowiedział, ale egocentrycznie swoich słów nie poddawał wątpliwościom. Wiedział, że nie jest to na wyrost. Wiedział, że pragnie prawdy. Jej też ufał, może naiwnie, ale... dlaczego by się nie zranić, hm? Jeżeli się mylił, to najwyżej na tym ucierpi. On albo Ona. Albo oboje. Coś się wydarzy i coś poczuje. Taki efekt go satysfakcjonował. Niemniej, przekonany był, że do żadnego cierpienia nie dojdzie. Nie potrafił ubrać tego w słowa tak, aby nie zabrzmiało obraźliwie, lecz uważał, że Ger jest zbyt prosta, aby kłamać. I nie było w tym nawet cienia umniejszania jej, a wręcz przeciwnie - ogrom podziwu. Fascynującym była dla niego wizja, że jej umysł zwyczajnie nie zbacza z drogi prawdy, że zawsze kroczy tylko tą ścieżką, którą sam sobie wydeptał. Tą, którą doskonale znał od lat. Wierzył, że naprawdę docenia szczerość, wierzył że będzie nadal tego samego zdania, gdy z ust Esmé wydobędą się słowa, których nijak nie dało się określić jako komplementy. No, ale na to musiała poczekać, bo na razie nie dawała mu najmniejszego powodu, by klimat tej interakcji się zmienił. Rowle też nie uważał, że takie rzeczy mogłyby się wydarzyć między nimi na ich pierwszym spotkaniu.
Zabawnie zabrzmiały jej słowa. Pełne niepewności co do racji kaletnika odnośnie oceniania innych w mgnieniu oka. Tak, jakby było to zaskakujące, że powiedział coś z sensem. I ten sens dopiero wypływał na wierzch, gdy dobrze się zastanowiła. Nie skomentował tego, bo doskonale rozumiał co Ger miała na myśli i wolał pozostawić to tak, jak było. W ciszy. By resztę uzupełniła sobie sama. W końcu była szczera i te słowa, niepewne ale przyznające racje, musiały płynąc z serca. Esmé unikał kształtowania ludzi do swojej wizji, ale nieustannie wyrzucał z siebie swoje własne wartości, które ktoś mógł podnieść, przemyśleć i dopasować do siebie. Teraz, najpewniej, właśnie był świadkiem takiego zabiegu co egoistycznie napawało go zadowoleniem. Arogancko uważał, że ten sposób życia był wygodny i zdrowy. W końcu rolą człowieka nie było bycie poprawnym wobec społeczeństwa, byciem lekiem na wszelkie zło tego świata, bycie altruistą i filantropem. Rolą człowieka było żyć tak długo, aż umrze. Dlaczego sobie to utrudniać?
- Znasz odpowiedź na to pytanie, Ger. - mruknął najpierw, rzucając jej spojrzenie, którego nie dało się inaczej określić, niż "podejrzane". - Jak wiele razy popełniłaś błąd na polowaniu, którego cena była wyznaczona krwią i bólem? Jak wiele razy ten sam błąd powtórzyłaś? - wiedział, że rozumie do czego zmierzał. - Mówi się, że dziecko musi się sparzyć, by nauczyć się, że nie należy bawić się ogniem. Mówi się też, że człowiek uczy się całe życie. - westchnął lekko. - Mam gdzieś powiedzenia, ale należy pamiętać, że wywodzą się one z prostej prawdy. Nic tak nie uczy jak własne doświadczenie i nic tak nie odciska się nam w pamięci, jak ból. - i nie znał osoby, która potrafiłaby zapomnieć cierpienie, jakie przeszła. Ale sam regularnie zapominał o szczęściu, jakiego doświadczył. Człowiek był produktem ewolucji, mechanizmem zaprojektowanym tak, by dostosowywał się do otoczenia. Wewnątrz ludzi tkwiły instynkty, których nie byli w stanie nawet usłyszeć, a i tak każda komenda była posłusznie wykonywana. Czy tego chciałeś, czy nie. Natura kształtowała człowieka, zmuszając go do zmian, do dostosowania się. Opieranie się instynktom było możliwe, gdy mniej lub bardziej świadomie stworzyliśmy osobowość, która im zaprzeczała. Ale to miało swoje konsekwencje. Zupełne tłumienie instynktów wypaczało człowieka, niszczyło go od środka. Byliśmy na nie skazani tak, jak skazane były zwierzęta. Nie było w tym niczego złego. Ból pozwalał zapamiętać i działało to tak tysiące lat temu, jak i teraz. Trujący owoc zjedzony przez pierwszych ludzi, jeżeli nie spowodował śmierci, która na swój sposób była bólem dla innych, to spowodował cierpienie. Uczucie, którego powinno się unikać. Cenna informacja dla naszego mózgu, który miał tylko jedno zadanie - umożliwić przetrwanie. Tak, jak u każdego gatunku.Na ten moment nie istniały słowa, których Ger mogłaby użyć, żeby wpłynąć na decyzje Esmé. Cenił jej zdanie, ale... na tym się to kończyło. Niemniej, przez chwilę wpatrywał się w nią, jakby rzeczywiście rozważał zgodę tu i teraz. Nic takiego nie nastąpiło. Przynajmniej jeszcze. W tym wszystkim tkwił dodatkowy problem - hipokryzja rzemieślnika w odniesieniu do własnego dzieciństwa. Jednocześnie chciał o nim zapomnieć, co chciał je trzymać na uświęconym piedestale w swym umyśle, jako okres, w którym... był cały. Niezniszczony. A może chodziło o coś zupełnie innego? Może w nim tkwił ten chłopiec, który tęsknił za dzieciństwem, zaś on próbował go w sobie zabić, by nie czuć jak pustą wiedzie egzystencję? Może. To by tłumaczyło kilka rzeczy.
Oh, jak mógł nie próbować jej zawstydzać i nieco igrać z nią, gdy sama się o to prosiła? Postanowił jednak oszczędzić sobie bycie... prostolinijnym i chwycenie za najniżej wiszący owoc. To byłoby zbyt rozczarowujące, nawet dla niego.
- Bardzo nieostrożnie, jak na łowczynię. - odezwał się, zwężając spojrzenie. - Oznaczałoby to, że trochę charyzmy, dobry układ i... mam Cię. - uśmiechnął się delikatnie i zamilkł. Oczywiście sugerował potrzask niczym taki, w jaki mogłaby prowadzić łowcę rzekoma ofiara, by role się odwróciły. Chociaż można było to też zinterpretować nieco inaczej. Tak czy inaczej, ciekaw był jej reakcji, bo był to pierwszy raz, gdy dosłownie... testował jej nerwy. Może i on właśnie dostanie lekcję, której długo nie zapomni. O ile w ogóle.Z zadowoleniem przyjął do wiadomości, że Geraldine nie miała żadnych obiekcji, ani "ale". Zgodnie z przewidywaniami - zgodziła się, chociaż naprawdę nielogicznym byłoby w tym momencie odmówić. W końcu tak jak powiedziała - wszyscy wygrywają. Rowle był jednak świadom, że to są różnej wielkości wygrane. Zacznijmy od tego, że rzemieślnik uwielbiał oddawać się swej pracy, zatem zapłata była dla niego niczym efekt uboczny całego procederu. Efekt jak najbardziej potrzebny, by mógł wieść spokojne życie. Pieniądze nie miały dla niego tak wielkiego znaczenia i może właśnie dlatego wciąż tkwił "od strony Nokturnu". Teraz jednak otrzymywał coś lepszego niż pieniądze - swoje dawne marzenie i okazję, by w ciekawy sposób spędzić czas. Ten drugi plus brzmiał banalnie na tle pierwszego, lecz paradoksalnie - był znacznie ważniejszy. Trzecim plusem był prosty fakt, że dobrze mu się spędzało czas z Ger. A czwartym, że będzie mógł naprawdę poczuć jej umiejętności. Łatwo byłoby je nie docenić, obserwując je z odległości w starciu z istotą, której siła również pozostawała nieznana. Miał nadzieję, że uda mu się go przekonać, by zaczęli od prostego sparingu, w którym nie będzie miała dla niego litości. Brzmiało może masochistycznie, ale chciał zaznać jej "rzemiosła" w pełnej okazałości. Chciał żeby pokazała jak gigantyczna jest przepaść między nią, a laikiem.
Po swojej pracowni poruszał się niczym cień lub jakaś zjawa. W mgnieniu oka znajdował się za ladą, by zaraz już być obok i coś notować. Słuchał jak odpowiadała na pytanie odnośnie stroju na polowanie, zapisując ubrania w kolejności takiej, jakby znajdowały się na jej ciele - zatem buty na samym dole, a czapka byłaby na samej górze. Jak nakręcony kiwał miarowo głową, wydając się być zupełnie nieobecnym myślami, ale... to było tylko wrażenie. Pisał, pisał, aż nagle... zamarł. Powoli, powolutku podniósł wzrok, spoglądając na nią, szukając w tym żartu, którego zupełnie się od niej nie spodziewał. I słusznie. Ger nie wyglądała, jakby żartowała. Jego usta lekko się rozchyliły, tak samo palce, które dotychczas trzymały ołówek. A teraz już nic, bo ten spadł na ziemię. Drobny odgłos, ale na tyle zaskakujący, że przerwał bardzo niesmaczny odruch ze strony Esmé - omiecenie Geraldine wzrokiem, mając w pamięci, że teraz właśnie nie ma na sobie bielizny. Podążył jednak spojrzeniem za ołówkiem, który podniósł, przymykając przy tym oczy na chwilę i "trzepiąc" głową raz, jakby próbował odsunąć od siebie pewne myśli. Czemu się wzbraniał? Szanował ją i z każdą kolejną chwilą imponowała mu coraz bardziej, zatem czułby się obrzydliwie, mając wobec niej tak... obleśne myśli. Niemniej, zastanawiające było, że wspomniała o nie noszeniu bielizny "na co dzień", gdy jasno zaznaczył, że chodzi mu o strój na polowanie. Zupełnie... jakby chciała, aby to wiedział. Prychnął do siebie lekko, bo nawet jeżeli znali się krótko, to już wiedział, że zdecydowanie nie miała żadnego ukrytego zamiaru. Po prostu powiedziała prawdę taką, jaką jest.
- Odważnie. - mruknął ni to do niej, ni to do siebie. Całe szczęście tematy związane z pracą przeważały nad jego prostackimi instynktami, toteż zaraz zajął się pomiarami i ich zapisywaniem. W trakcie zapytał czy może wziąć "wszystkie" wymiary, czyli te, które niezbędne byłyby przy tworzeniu również innych rzeczy - takich jak elementy garderoby, może z wyjątkiem butów, bo wątpił, że na ten moment pobije przedmiot stworzony ze smoczej skóry. Jak się zgodziła - doskonale, a jeżeli nie - to trudno. Jej strata. Tak czy inaczej, po wszystkim zaczął coś rysować w notatniku, nie robiąc sobie nic z łowczyni, która zaraz za nim stanęła i patrzyła mu przez ramię. A co pojawiało się stopniowo na kartce? Jej dłoń. W mgnieniu oka rozrysował dłoń od strony wewnętrznej, zaznaczając na niej pewne miejsca w kółkach, zaś inne nieco zamalowywał lub pokrywał kreskami, jakby oznaczał pewien "obszar". Wszystko to, żeby stworzyć idealną rękojeść, która leżała w dłoni perfekcyjnie. W końcu każdy rzemieślnik miał swoje ulubione narzędzia i nierzadko były to właśnie te, które miał ze sobą najdłużej, którymi pracował najwięcej. Sporadycznie były lepsze, ale cały sekret tkwił w wygodzie. W tym że w równym tempie kształtowała się dłoń do narzędzia, co narzędzie do dłoni. Każdy miał też swój sposób trzymania, w jednych miejscach mocniej, w drugich nieco słabiej. Niektórzy mocno dociskali kciuk, zaś inni wbijali wręcz mały palec w rękojeść czy trzonek. Odciski były łatwym sposobem, by poznać czyjeś maniery władania czy to bronią, czy narzędziem.- Na przyszłość. - odparł wymijająco, bo nie chciał na razie niczego zdradzać. Zastanawiał się nad ubieraniem płaszcza na polowanie, chociaż w głowie karcił się za próby bycia mądrzejszym niż najwyższej klasy łowczyni. Całe szczęście był wystarczająco arogancki, by jednak rozważać czy nie lepszym byłaby skórzana kurtka, a nie płaszcz. I czy szerokie rękawy tradycyjnego płaszcza nie są zbyt niewygodne przy wymachiwaniu rękoma. Rękaw kurtki wyglądał znacznie lepiej, gdy na końcu wszywano pasek i klamrę, by zwężać go w razie potrzeby. Kurtka też lepiej przylegała do ciała, była lżejsza i nie ograniczała ruchów w takim stopniu, jak dłuższy od niej płaszcz. To był jednak temat na przemyślenie innym razem.
Zakończył rysować, przejrzał jeszcze wymiary upewniając się, że o niczym nie zapomniał i schował notes znów do tylnej kieszeni spodni, zaś ołówek wsunął za ucho.
- Jaki jest twój ulubiony kolor? - zapytał, obracając się do niej twarzą i odsuwając o krok... by nie musieć zadzierać głowy tak bardzo. Rzucił też spojrzeniem w kierunku lady, upewniając się, że Beksa nie wykorzystał kilku chwil jego nieuwagi. Całe szczęście stworzonko smacznie spało lub doskonale udawało, że śpi. Ciężko było czasem zrozumieć co ta uskrzydlona jaszczurka miała w głowie. Momentami wydawała się niezwykle sprytna, momentami zupełnie niezrozumiała, a przez większość czasu... jakby w jej głowie była pusta przestrzeń, w której lata taka sama mucha, jak te, na które polowała. I odbija się od ścianek raz po raz. - To ostatnia rzecz, którą potrzebuje od Ciebie. - dodał, po czym skrzywił się lekko. - Pomijając oczywiście materiały. Im szybciej je zdobędziesz, tym szybciej wezmę się do roboty. - zakończył i wyciągnął zza ucha ołówek, by po prostu zacząć obracać nim w dłoni, bawiąc się nim. Esmé w dziwny sposób wydawał się nagle mieć lepszy nastrój, jakby sama myśl o pracy sprawiała mu już nie lada przyjemność i poprawiała humor.