21.03.2024, 03:19 ✶
— To tylko jedna z interpretacji — stwierdził Erik, zbierając powoli odwagę do tego, aby zacząć mówić głośniej i pewniej. — Z muzyką jest trochę jak z teatrem. Z każdym będzie rezonować inaczej. Dla jednej osoby skoczny utwór będzie tym, co przewidział kompozytor, czyli powiedzmy, że czymś wesołym i szybkim. To będzie najprostsza interpretacja. Jak przejście po przetartym szlaku. — Zerknął w stronę drzwi prowadzących na taras, odpływając na moment. — Ale będą i tacy, którzy usłyszą w tych dźwiękach coś innego. Echo własnych przeżyć. Zwłaszcza jeśli dodamy do tego jeszcze tekst i wykon piosenkarza czy piosenkarki. Więcej czynników, więcej... perspektyw. Poza tym, gdy dane dzieło opuszcza autora, to zaczyna żyć własnym życiem. Oryginalne intencje przestają mieć znaczenie, bo to odbiór publiczności zaczyna dyktować prawdę. Opinia staje się faktem. — Wrócił spojrzeniem do Anthony'ego. Uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z siebie. — A przynajmniej jednym z nich.
Czy chciał zaimponować mężczyźnie? Być może. Jego aprobata wiele dla niego znaczyła, nie tylko ze względu na to, że był blisko z Morfeuszem, którego Erik darzył ogromną sympatią, ale też przez to, że widział go przy pracy. Widział, jak rozstawia metaforyczne pionki na szachownicy dialogu z innymi dyplomatami, niektóre uwagi rzucając rywalom na pożarcie, aby inne argumenty lepiej wybrzmiały, broniąc jak lew tych kilku punktów, które trzymał na czarną godzinę, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.
To jakich słów używano, było ważne, ale jeszcze bardziej było istotne to, kiedy i jak należy je wykorzystać. Longbottom umiał ładnie mówić; wyniósł to z rodzinnego domu, ze spotkań czarodziejskiej socjety, jak i znajomości z Selwynem. Nawet jeśli o tym ostatnim wspomniałby chyba dopiero po połknięciu veritaserum. Erudycja rzadko kiedy przydawała się jednak w departamencie. Chyba że akurat przesłuchiwał kogoś oczytanego lub miał od czynienia ze specjalistami z danej dziedziny.
— Mogę dać się podtopić — stwierdził po chwili namysłu, mrużąc oczy. — Tak długo, jak będziesz gotów mi rzucić koło ratunkowe, gdybym sobie jednak nie poradził. Podejrzewam, że pojęcie dzikości może być rozumiane na kontynencie inaczej niż na Wyspach.
To było jak wybór między bezpieczeństwem a ryzykiem. Jako brygadzista, to pierwsze powinno być jego priorytetem, jednak pomimo młodego wieku, nauczył się, że tak naprawdę nie był to stan domyślny, jaki można było po prostu narzucić. Warownia teoretycznie był najbezpieczniejszą twierdzą w Wielkiej Brytanii. I owszem, chroniła przed atakami z zewnątrz, ale zatrzymywała też wszystko, co było w środku. Znajome mury nie chroniły przed emocjami kotłującymi się pod skórą. Każdy dzień w pracy czy życiu prywatnym wiązał się z mniejszymi lub większymi niebezpieczeństwami. Kluczem była odpowiednia siatka zabezpieczeń, alternatyw i tylnych wyjść, z których można było skorzystać, aby odsapnąć przed starciem z kolejną falą zagrożeń.
— To akurat najmniej prawdopodobny scenariusz. Wuj musi się dobrze maskować w twoim towarzystwie, skoro wysnuwasz takie wnioski. — Uśmiechnął się do Anthony'ego, jakby skrywał jakąś wielką tajemnicę na temat wuja. Czy takowy sekret nawet istniał? Na ten moment się to nie liczyło, bo oboje poruszali się po terenie pełnym niewiadomych i znaków zapytania. — Stawiam raczej, że postawiłby butelkę na stole, założył kolorowy szlafrok i rozłożył przed winem tarota, żeby sprawdzić, co go czeka, jeśli postanowi rozpieczętować butelkę.
I przy każdej karcie wznosiłby modły do nowego bóstwa, dodał od siebie. Nie krytykował praktyk Morfeusza. Po prostu nie zawsze je rozumiał, tak jak i nie pojmował do końca tego, jak działała magia trzeciego oka. Ten dar nigdy się u niego nie uaktywnił, chociaż objawił się u Brenny w formie widmowidzenia. Nie zazdrościł jej tego; takie dary nie były prezentami od losu, jakie dostawało się za dobre sprawowanie i wysokie oceny w szkole. To był ciężar, a utrzymanie go na swoich barkach nie przynosiło zazwyczaj wielkich nagród.
— Mówisz o prawdzie, ale oczekujesz konkretnego rezultatu. — Zakołysał delikatnie kielichem, przesuwając przy tym palcami po nóżce naczynia, aby zaraz objąć od dołu czaszę. Mimowolnie podgrzewał teraz napitek ciepłem własnej dłoni. — Wykorzystujesz mnie do sprawdzenia jakiejś teorii. — Skrzywił się lekko, wodząc wzrokiem od mężczyzny do głębin czerwonego wina. — Może naprawdę spodziewasz się, że chcą cię otruć?
Zredukowany z roli strażnika do średniowiecznego degustatora, lamentował bezgłośnie Longbottom. Ciekawe, jak by się z tego wytłumaczył przed Morfeuszem lub jego rodzicami? Oh, wybaczcie moi drodzy, dałem umrzeć waszemu krewniakowi, bo kazałem mu sprawdzić, czy alkohol z lokalnych winiarni był wystarczająco dobry, aby samodzielnie go spróbować... Ta, to mogłoby się skończyć małą katastrofą. Albo incydentem politycznym między dwoma znamienitymi rodami czarodziejów. Longbottomowie i Shafiqowie postawieni przeciwko sobie przez jeden niepozorny drink. Aż korciło, aby sprawdzić, kto wygrałby takie starcie.
— Twoje zdrowie, Antonio. — Ciekawe, czy ten niechlujny włoski akcent zabolał Shafiqa w uszy.
Uniósł kieliszek w górę w geście toastu, biorąc drobny łyk. Dał się pokierować wskazówkom Antoniego; zatrzymując krople alkoholu na języku, pozwalając, aby jego kubki smakowe nacieszyły się jego smakiem, a następnie schłodziły podniebienie. Przymknął oczy, delektując się tym doznaniem. Nie nazwałby tego bogactwem, wino było pełne smaku, wyraźne w tym, co chciało przekazać. Esencja lokalnego krajobrazu, pobliskich wzgórz i skąpanych na co dzień w słońcu winnic, a słodycz przypominała o młodości wina, obiecując głębię i złożoność, jaką trunek miał dopiero odsłonić wraz z biegiem lat.
— A więc? — rzucił zaczepnym głosem, uchylając jedną powiekę, a potem drugą. Buńczuczne ogniki zatańczyły w jego oczach. — Co twoim zdaniem powinienem wyczuć?
Mężczyzna ewidentnie do czegoś w tym dążył, a Erik nie czuł się zobowiązany do tego, aby od razu odkrywać wszystkie karty, a już zwłaszcza chwilę po tym, jak sam je sobie wywalczył. Niech Anthony zgaduje, niech próbuje się domyślić, co sądził jego rozmówca i niech waży kolejne za i przeciw zastanawiając się, jak bardzo różniły się ich oczekiwania względem trunku.
Czy chciał zaimponować mężczyźnie? Być może. Jego aprobata wiele dla niego znaczyła, nie tylko ze względu na to, że był blisko z Morfeuszem, którego Erik darzył ogromną sympatią, ale też przez to, że widział go przy pracy. Widział, jak rozstawia metaforyczne pionki na szachownicy dialogu z innymi dyplomatami, niektóre uwagi rzucając rywalom na pożarcie, aby inne argumenty lepiej wybrzmiały, broniąc jak lew tych kilku punktów, które trzymał na czarną godzinę, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.
To jakich słów używano, było ważne, ale jeszcze bardziej było istotne to, kiedy i jak należy je wykorzystać. Longbottom umiał ładnie mówić; wyniósł to z rodzinnego domu, ze spotkań czarodziejskiej socjety, jak i znajomości z Selwynem. Nawet jeśli o tym ostatnim wspomniałby chyba dopiero po połknięciu veritaserum. Erudycja rzadko kiedy przydawała się jednak w departamencie. Chyba że akurat przesłuchiwał kogoś oczytanego lub miał od czynienia ze specjalistami z danej dziedziny.
— Mogę dać się podtopić — stwierdził po chwili namysłu, mrużąc oczy. — Tak długo, jak będziesz gotów mi rzucić koło ratunkowe, gdybym sobie jednak nie poradził. Podejrzewam, że pojęcie dzikości może być rozumiane na kontynencie inaczej niż na Wyspach.
To było jak wybór między bezpieczeństwem a ryzykiem. Jako brygadzista, to pierwsze powinno być jego priorytetem, jednak pomimo młodego wieku, nauczył się, że tak naprawdę nie był to stan domyślny, jaki można było po prostu narzucić. Warownia teoretycznie był najbezpieczniejszą twierdzą w Wielkiej Brytanii. I owszem, chroniła przed atakami z zewnątrz, ale zatrzymywała też wszystko, co było w środku. Znajome mury nie chroniły przed emocjami kotłującymi się pod skórą. Każdy dzień w pracy czy życiu prywatnym wiązał się z mniejszymi lub większymi niebezpieczeństwami. Kluczem była odpowiednia siatka zabezpieczeń, alternatyw i tylnych wyjść, z których można było skorzystać, aby odsapnąć przed starciem z kolejną falą zagrożeń.
— To akurat najmniej prawdopodobny scenariusz. Wuj musi się dobrze maskować w twoim towarzystwie, skoro wysnuwasz takie wnioski. — Uśmiechnął się do Anthony'ego, jakby skrywał jakąś wielką tajemnicę na temat wuja. Czy takowy sekret nawet istniał? Na ten moment się to nie liczyło, bo oboje poruszali się po terenie pełnym niewiadomych i znaków zapytania. — Stawiam raczej, że postawiłby butelkę na stole, założył kolorowy szlafrok i rozłożył przed winem tarota, żeby sprawdzić, co go czeka, jeśli postanowi rozpieczętować butelkę.
I przy każdej karcie wznosiłby modły do nowego bóstwa, dodał od siebie. Nie krytykował praktyk Morfeusza. Po prostu nie zawsze je rozumiał, tak jak i nie pojmował do końca tego, jak działała magia trzeciego oka. Ten dar nigdy się u niego nie uaktywnił, chociaż objawił się u Brenny w formie widmowidzenia. Nie zazdrościł jej tego; takie dary nie były prezentami od losu, jakie dostawało się za dobre sprawowanie i wysokie oceny w szkole. To był ciężar, a utrzymanie go na swoich barkach nie przynosiło zazwyczaj wielkich nagród.
— Mówisz o prawdzie, ale oczekujesz konkretnego rezultatu. — Zakołysał delikatnie kielichem, przesuwając przy tym palcami po nóżce naczynia, aby zaraz objąć od dołu czaszę. Mimowolnie podgrzewał teraz napitek ciepłem własnej dłoni. — Wykorzystujesz mnie do sprawdzenia jakiejś teorii. — Skrzywił się lekko, wodząc wzrokiem od mężczyzny do głębin czerwonego wina. — Może naprawdę spodziewasz się, że chcą cię otruć?
Zredukowany z roli strażnika do średniowiecznego degustatora, lamentował bezgłośnie Longbottom. Ciekawe, jak by się z tego wytłumaczył przed Morfeuszem lub jego rodzicami? Oh, wybaczcie moi drodzy, dałem umrzeć waszemu krewniakowi, bo kazałem mu sprawdzić, czy alkohol z lokalnych winiarni był wystarczająco dobry, aby samodzielnie go spróbować... Ta, to mogłoby się skończyć małą katastrofą. Albo incydentem politycznym między dwoma znamienitymi rodami czarodziejów. Longbottomowie i Shafiqowie postawieni przeciwko sobie przez jeden niepozorny drink. Aż korciło, aby sprawdzić, kto wygrałby takie starcie.
— Twoje zdrowie, Antonio. — Ciekawe, czy ten niechlujny włoski akcent zabolał Shafiqa w uszy.
Uniósł kieliszek w górę w geście toastu, biorąc drobny łyk. Dał się pokierować wskazówkom Antoniego; zatrzymując krople alkoholu na języku, pozwalając, aby jego kubki smakowe nacieszyły się jego smakiem, a następnie schłodziły podniebienie. Przymknął oczy, delektując się tym doznaniem. Nie nazwałby tego bogactwem, wino było pełne smaku, wyraźne w tym, co chciało przekazać. Esencja lokalnego krajobrazu, pobliskich wzgórz i skąpanych na co dzień w słońcu winnic, a słodycz przypominała o młodości wina, obiecując głębię i złożoność, jaką trunek miał dopiero odsłonić wraz z biegiem lat.
— A więc? — rzucił zaczepnym głosem, uchylając jedną powiekę, a potem drugą. Buńczuczne ogniki zatańczyły w jego oczach. — Co twoim zdaniem powinienem wyczuć?
Mężczyzna ewidentnie do czegoś w tym dążył, a Erik nie czuł się zobowiązany do tego, aby od razu odkrywać wszystkie karty, a już zwłaszcza chwilę po tym, jak sam je sobie wywalczył. Niech Anthony zgaduje, niech próbuje się domyślić, co sądził jego rozmówca i niech waży kolejne za i przeciw zastanawiając się, jak bardzo różniły się ich oczekiwania względem trunku.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞