Gdyby mógł, wywróciłyby oczami, ale wolał nawet nie próbować tego robić. To prawda, nie chciał zostać w św. Mungu dłużej, niż było to potrzebne, a śmierć, która przesycała tę przestrzeń, drażniła jego zmysły, zwłaszcza ze świadomością, że serca, które mają stanąć za chwilę, nadal biją w klatkach piersiowych, z nadzieją, w zawieszeniu pomiędzy życiem i śmiercią, ale istnieją. Byli też ci, który trwali z chorobami duszy, zamknięci w zakładach po klątwach tak drastycznych, że nie pozostało po nich nic innego poza skorupami, ciałami, które nadal funkcjonowały. I tylko tyle. To był najbardziej tragiczny los.
— Może to ja wyjdę? — powiedział bardzo cicho Morpheus, wydychając dym papierosowy ustami i nosem; w tej wypadkowej to on przypominał bardziej smoka, a pozostała dwójka mężczyzn dwie kury, które chcą nad nim kwokać, niekoniecznie ze sobą współpracując. Prawdopodobnie dlatego w szpitalach wyznawano zasadę ograniczonych wizytacji. — Nigdy bym nie zdradził twojego zaufania, Neil, w taki sposób. Antoniuszu, to nie jest mój służący, jest moim gościem. Wolałbym, żeby ktoś zmaterializował mi popielniczkę.
Jeszcze nie był zły, raczej niecierpliwy. Było takie powiedzenie, strzeż się zdenerwować człowieka cierpliwego, ale Morpheus nie należał raczej do takich osób, chociaż ciężko wyobrazić sobie go w gniewie, zwłaszcza przy tak mizernym wyglądzie, z opatrunkami na oczach, jak wieszczowie z obrazów klasycznych mistrzów, jak przedstawienia Sprawiedliwości, która waży grzechy i wydaje wyroki, trzymając mieć egzekutora. Tylko nieco mniej imponujący przez swój stan.