Victoria miała tendencje do… przymykania oka na rzeczy, które mogłyby zakłócić jej spokój po pracy. Oczywiście, gdy działo się coś kompletnie rażącego, czego zignorować w publicznym miejscu nie mogła – to reagowała. Ale że na przykład Sauriel obijał komuś mordę, albo podpalił jakiś budynek na Nokturnie? Nie było jej tam i nic nie widziała. Dbała o swoich bliskich tak długo, jak innemu jej bliskiemu nie działa się krzywda. Po pracy była po pracy, a nie nadal w niej; chociaż w obecnych czasach trudno było zostawić myśli o Biurze Aurorów gdzieś totalnie z boku, biorąc pod uwagę co działo się tak ogólnie – i ze Śmierciożercami i w jej życiu prywatnym… Ale miała chociaż przynajmniej jeden powód, by nie prowadzić zakrojonej vendetty wymierzonej w zwolenników Czarnego Pana: powód ten zaczynał się na literę S i kończył na auriel Rookwood. To była jednak ich jakże gorzka tajemnica – że w ogóle wiedziała, że jej powiedział i pokazał.
To miło, że udało jej się rozbawić Rodolphusa swoją jakże rozrywkową i zabawną osobą i rzeczywiście, musiała to przyznać, że ta historia brzmiała absurdalnie i niedorzecznie. I chyba tylko dlatego, że była w stu procentach prawdziwa.
– Nie śmiej się. Wiesz jak to jest? Jak ci smok przypala dupę i musisz ubranie brać od kogoś innego, żeby nie wyjść z jaskini gołym i bardzo niewesołym? – nie mówiła na poważnie, chociaż jej ton mógł tak brzmieć – ale choć sytuacja była wtedy niewesoła, to w poważnym tonie rozmowy raczej nie użyłaby słowa „dupa”… Nawet jeśli było całkowicie akuratne.
– A powiedz mi, kochany ty mój, co nie przyciąga kurzu? Taka już jego natura, że krąży w powietrzu i opada na wszystko. Na twój stół. Na tę pięknie wypastowaną podłogę… Nawet na twoje pociągnięte ulizanną włosy. Czy chcesz czy nie, to musisz machać różdżką, żeby się go pozbyć, więc wytłumacz mi jaka to różnica na co opadnie, skoro i tak ci on przeszkadza i tak? – zwyczajnie nie przekonywały jej te argumenty, bo nie miały w jej głowie żadnego sensu. Stół trzeba było przetrzeć tak czy siak – chociaż ona faktycznie machnęłaby różdżką, żeby szmata sama sobie przeleciała po wszystkim, gdy ona będzie robiła co innego. Rodolphus tego nie robił? Sam sprzątał i to w taki sposób jak robili to mugole? Jakoś wizja Rudiego z mokrą szmatą w ręce była takim kuriozum, że aż musiała pomachać dłonią przed twarzą, by tę głupią wizję odgonić. A wiedziała jak sprzątają mugole, bo jednak przez prawie cztery lata miała z nimi ciągłą styczność podczas interwencji. – A te przedmioty sprawiają, że w pomieszczeniu nie jest tak pusto. Robi się przytulniej i echo nie bębni tak w ściany, jakbyś dopiero co się tu wprowadził, albo jakbyś się właśnie wyprowadzał – Victoria, choć była uparta jak osioł, to potrafiła mieć iście anielską cierpliwość gdy tylko chciała, ewentualnie bardzo krótki lont, gdy ktoś nadepnął jej na odcisk, ale w tym momencie bawiła się na tyle dobrze, że jeszcze trochę, a będzie to zakrawać o nielegalność – więc była cierpliwa i równie metodycznie tłumaczyła. – Chcesz mi powiedzieć, że sprzątasz tu sam i to na mugolską modłę? – uniosła wyżej brwi. To, że nie chciał wzywać skrzata, jakoś tam mogła do pewnego stopnia zrozumieć, nie wiedziała w jakich relacjach był z ojcem, ale jeśli w takich jak na przykład ona z matką, no to mogło być zwyczajnie różnie, ale o to wypytywać w tym momencie nawet nie chciała, bo nie chciała mówić o swojej perspektywie. – Nie jesteś pewien? – zapytała rozbawiona, bo Sauriel… Cóż. Był jaki był, ale potrafił się dogadywać z ludźmi kiedy chciał, albo kiedy kogoś polubił. Wiedziała doskonale jaki potrafił być antypatyczny, ale wiedziała też, w jaki sposób potrafił się o kogoś troszczyć. Uśmiechnęła się na to tylko. – Ach tak. Stanley Borgin, jego miałam na myśli. Moody go wyrzuciła ze swojego gabinetu i tyle go widzieli. Zniknął jak kamfora – prawie powiedziała, że „go szukają”, bo ona nie zawracała sobie tym głowy. A dlaczego? Bo miała swoje podejrzenia – skoro go szukali w sprawie Beltane, a on tak blisko zadawał się z Saurielem… Dwa dodać jeden dawało niechybnie wynik trzy, nie zamierzała więc w tym grzebać ani dokładać swojej cegiełki i to głównie ze względu na Rookwooda. Zresztą… Borgin był jej potrzebny żywy i wolny.
– Urządziłam – powiedziała bez mrugnięcia okiem i nawet była to prawda. Przecież sypialnię w domu rodziców urządziła całkowicie po swojemu, a teraz zamierzała to samo zrobić ze swoim mieszkaniem na Pokątnej, do którego się sukcesywnie przenosiła. Co się tyczyło sypialni w posiadłości w Londynie, tej rodowej… Bywała tam raz na jakiś czas i nawet jakieś kwiatki tam babci naznosiła, ale nie było to jej oczko w głowie. – Bo jest tu tak pusto i sterylnie jakby nikt tutaj nie mieszkał. Czemu nie chcesz spróbować? Jak nie wyjdzie, to kwiatka wyrzucisz i po temacie – i oczywiście, że była uparta i nie dała sobie zmienić tematu ani zdania.