Nic dziwnego, że Brenna nie od razu połączyła kropki – Ginewra miała jednak urodę mocno po matce, może nie miała aż tak ciemnej skóry jak ona, jeśli się przyjrzeć, można było zauważyć, że musi być jakąś mieszaną krwią, ale zdecydowanie odznaczała się na tle angielskich panienek. Przywykła już do tego, że rzuca się w oczy – tak swoim wzrostem (chociaż panienka Longbottom była równie wysoka co ona), jak urodą, czy akcentem, gdy już się odezwała.
W pewnym odruchu jedną stopę położyła bardziej do tyłu, jakby chciała się odsunąć o te dwa, trzy kroki. Nie zrobiła tego jednak, a to, że Brenna zatrzymała Samuela położeniem mu dłoni na ramię, faktycznie nieco pomogło. McGonagall patrzyła na niego skonsternowana, zwłaszcza gdy się w końcu odezwał. A to, co powiedział, było ostatnim, czego się spodziewała – i było to widać na jej twarzy. W jej jasnobrązowych oczach, które rozszerzyły się w zaskoczeniu, słysząc dawno niesłyszane imiona połączone z nazwiskiem, które sama zresztą nosiła. Przez moment nawet się nie odzywała, kompletnie zatkana, bo naprawdę sądziła, że Sam chce zapytać o coś związanego mniej czy bardziej z historią, może jego matka była historykiem, a nie, że…
Że mógłby być jej rodziną. Nie bezpośrednią – ale jednak.
– Robert to brat mojego dziadka. Ewentualnie mój pradziadek, ale on miał tylko jedną córkę – wymamrotała jednak cicho, po tym jak już chrząknęła, dla nabrania… nie do końca odwagi, ale może bardziej jakiejś pewności, że nie zapomniała, jak się mówi. – O ile to ten sam Robert, ale nasza rodzina nie jest aż tak duża – cóż, może był jeszcze jakiś Robert McGonagall, botanik, ale czy miałby córkę Berenikę? To byłby już za duży przypadek, a ona w nie przecież nie wierzyła. – Berenikę kojarzę jak przez mgłę, widziałam ją kilka razy na pewno – powiedziała po chwili. Ostatecznie… Była trochę starsza od Samuela, czego rzecz jasna nie wiedziała, ale kojarzyła kuzynkę taty – że była. A później przestała odwiedzać jej dziadków, gdy przyjeżdżali z Egiptu. Ginny chyba raz czy dwa razy pytała, co się stało z ciocią, ale chyba nie dostała żadnej konkretnej odpowiedzi, a potem temat jakoś sam umarł, nigdy więcej nieporuszany w domu. Chyba był… Zbyt bolesny, a Ginewra zbyt była w tamtym czasie przejęta nauką w Uagadou, że po prostu… rozmyło się i zapomniała. – Nie sądziłam, że… – że spotkam tutaj zaginioną rodzinę. Aż zasłoniła sobie usta dłonią w odruchu, by zasłonić opadającą teraz w zaskoczeniu i powolnej realizacji szczękę. Zaraz, co Sam mówił? Że kojarzy mu się z matką? Że… wyfrunęła z domu i nigdy nie wróciła.
To ją uderzyło. Ten dziwaczny sen, którego nie potrafiła wyrzucić z głowy, a który przywiódł ją aż na te wrzosowiska, gdzie spotkała Samuela. I teraz… To był kopniak? Sploty magii zawirowały i chciały jej coś przekazać nieco bardziej dosadnie niż poprzez senne symbole, albo te mniej senne, bo widziane we mgle kryształu?
Wymamrotała coś po arabsku z przejęcia, potem cmoknęła, pokręciła głową i uśmiechnęła się z pewnym rozczuleniem do Sama.
– Gdzie byłeś cały ten czas? – jak to gdzie, w Kniei – przecież jej powiedział, ale to, co mówiła, nie miało teraz zbyt wiele sensu właśnie przez te wszystkie emocje; to docierało do niej falami.