Wrażliwość była tak samo słabością, jak i mocną stroną – zależy kiedy i zależy do kogo. Teraz jednak wszystko miętoliło się w jednym wielkim kotle, dlatego wychodziła na taką miękką i słabą. Oczywiście w swoich własnych oczach i w tym jak została wychowana. To nie mogło być dla niej łatwe – i gwarantuję, że nie było. Mieszała się w tym, gubiła… Miotała. A sprawa Zimnych, której miała po dziurki w nosie, też sytuacji wcale nie poprawiała, ale już chyba doszła do momentu, w którym uznała, że… co ma być – to będzie. Umrze, nie umrze… A kogo to w ogóle będzie obchodzić? Może kogoś… A może zapłaczą, będzie im smutno przez tydzień i zapomną o sprawie. Jak będzie się tym tak przejmować, to na pewno nigdy nie będzie lepiej. Z Saurielem jednak w pewnych aspektach byli bardzo zbieżni: i ona ostatnimi czasy częściej czuła złość, ale ta spowodowana była bezsilnością. No i zła też w dużej mierze była na siebie i wręcz momentami uważała się za głupią.
– Wiem – powiedziała cicho, tak, nie musiał tego mówić i tak, ona też nie musiała. Widziała w jakim jest stanie, widziała jak bardzo go to złościło – Cynthia miała rację, gdy napisała do niej, że się wkurwił. A teraz, gdy widziała treść tych listów… Nic dziwnego, że tak reagował. I Cynthia miała też rację w jednym: gdyby mu nie zależało, to by się nie złościł. Gdyby miał to w dupie, to by się nie przejął, ani odrobiny. Olałby wiadomości, nie odpisywałby, a na pewno nie przychodziłby do niej po dwóch dniach, poniekąd zapędzony w kozi róg, nie potrafiąc sobie z tym poradzić. A co mogła na to poradzić Victoria? Mogła go bardziej nie denerwować. Mogła ściągnąć część ciężaru z jego barków, mogła spróbować jakoś ukoić ten jego gniew… o ile jej w ogóle na to pozwoli. Ogień w jego oczach… nie bała się go. Lubiła ogień, zawsze był jej bliski. Ogień był też życiem, samą jego esencją.
Wiem. Oboje wiedzieli. Pewnych rzeczy nie trzeba było mówić, bo wiedzieli, a jednak mówili – bo czuli potrzebę, chcieli dać znać, że hej, znam cię, wiem, słucham cię. Victoria odrobinę, nieśmiało nawet wygięła usta w górę, widząc, że odrobinę się uspokoił.
– Gdybym wiedziała, że coś takiego zrobi, to nie powiedziałabym jej nic, przepraszam – teraz przepraszała już za siebie, bo Sauriel miał rację – nie zasłużył sobie na to wszystko, co wypisała do niego Cynthia. Nie wiedziała, czy te przeprosiny coś dla niego znaczą, ale taka była prawda: nie chciała, by tak się denerwował przez te głupie listy. Musiały go dopiec do żywego… – Nie wyśle więcej, a przynajmniej tak sądzę. Wyraziłam się bardzo jasno, jeśli to zignoruje no to sygnał będzie jednoznaczny – to naprawdę była sprawa tylko pomiędzy nią i Saurielem. Wygadała się przyjaciołom, bo jej to ciążyło, oczywiście, że tak. Tamten dzień będzie wiekopomny nie tylko dla Sauriela, dla niej też, ale mówiła o tym bardzo… bardzo z grubsza, bez szczegółów. Więcej wiedział tylko Laurent, bo tamten dzień przygniótł ją tak bardzo, że nie potrafiła sobie sama ze sobą poradzić, a wszystko było na świeżo. – Ja też będę ostrożniejsza – co komu mówiła… Na pewno jednak nikomu nie powiedziała o jego tatuażu, ani słowem nie pisnęła, jak bardzo ta relacja, ta jego próba, się komplikowały i jak wielkie znaczenie miały. – Co? – złapał ją zupełnie nieprzygotowaną na to pytanie. Aż uniosła spojrzenie, chcąc spojrzeć w te czarne, niczym sama otchłań, tęczówki Sauriela. W niej było widoczne niezrozumienie i zmartwienie. Winny? Nigdy przez cały ten czas nie pomyślała, by miałby być winnym czegokolwiek. Winiła jego rodzinę w większości. Winiła jebany sabat. Ale na pewno nie Sauriela. – Ale winny czego? – naprawdę nie rozumiała, nie próbowała go oszukać. – W sensie, że tej sytuacji? Nie. Na pewno nie w moich oczach – co sobie inni myśleli… Chyba nie miało aż takiego znaczenia, skoro ich nie dotyczyło?