— To prawda. Nie zawsze wyjście na obiad musi być tak uroczyste. Czasem chciałoby się coś zjeść w lokalu nawet w ciągu dnia, a swobodny strój nie powinien ograniczać do tanich knajp.
Mimo tego sam nie ryzykowałby takiego posunięcia. Poza tym, czy był w domu rodziców, czy w Złotym Wietrze, zawsze miał każdy posiłek podstawiony pod nos. Giovanni akurat nie znał uczucia zamawiania jedzenia zamiast robienia obiadu. Bogaci rzeczywiście mają łatwiej.
— Zdecydowanie. Skoro w Europie są azjatyckie restauracje, to czemu nie nadmorskie w głębi lądu. To bardzo dobry pomysł. Jeśli ktoś nie ma możliwości wybrania się nad morze, może przyjść tutaj i nawdychać się klimatu...
Rozejrzał się rozmarzony. Ostatnio towarzyszyły mu tylko rzeki i jeziora. Posiadanie przed sobą otwartego zbiornika wody w jakiś sposób sprawiało, że czuł się uwięziony. Nawet po opanowaniu teleportacji, wolałby mieć możliwość ucieczki w dowolną stronę.
Zaśmiał się z czarnowidztwa przyjaciółki.
— Cóż, podobno po najgorszym daniu można najlepiej ocenić jakość restauracji, więc chętnie bym to sprawdził.
Przejechał wzrokiem do wspomnianej przez Geraldine baraniny. Brzmiało ciekawie, może też by się skusił? Owoców morza ostatnio miał pod dostatkiem i to świeżych. Londyńskie spotkałyby się ze sprzeciwem jego rozpieszczonego podniebienia.
— Dobrze, weźmy więc baraninę. Już zapomniałem jak smakuje. A do picia... Oh, mają herbatę o tajemniczej nazwie "Herbata Bosmana". Chyba się na to zdecyduję.
Był całkiem podekscytowany, jak na wypad do nowej restauracji. Ale to zupełnie w jego stylu. Potrafił cieszyć się najprostszymi przyjemnościami w życiu.
— No, opowiadaj, coś nowego w pracy? — Spytał, gdy sprawa zamówienia została załatwiona, a kelner odszedł od stolika.