24.03.2024, 17:54 ✶
Dla mnie nie istniało coś takiego jak zaspokojenie głodu... No może czasami, ale dziś to coś czułem, że będę jadł do później nocy, o ile nie skończy się prawdziwe jedzenie, a nie zaczną kurwa sałatki. Trochę się przeraziłem na to słowo, ale Brenna Longbottom chyba zdawała się nie brać podobnego scenariusza pod uwagę. Oby. Mam nadzieję, że inaczej by jej tu nie było.
Dużo żarłem, a jak dużo żarłem, to pilnowałem swojego talerza, a przy okazji talerzy innych osób by czasami wyhaczyć coś dobrego, czy to na stołówce, czy po prostu prosto z tego talerza, a ja obserwowałem Brennę Longbottom uważnie od dawna i wiedziałem, że potrafiła zjeść dużo. Dużo i dobrze. Nie jakieś babskie pierdolety, tylko właśnie prawdziwe jedzenie z mięsem i z dużą masą sosów. Tak, to było prawdziwe jedzenie. I ono mnie tak cholernie bardzo dzieliło z Persephoną, która właśnie zwykła jadać krzaki na talerzu. To łamało mi serce.
Te klopsy wlazły właściwie na raz, a te kieliszki też, choć z większym oporem. Raczej nie zwykłem za dużo pić, ale jak już się trafiała okazja, to potrafiłem wlać w siebie litry alkoholu, więc uśmiechnąłem się do Brenny i pokiwałem jej głową. Miała rację.
- Powiem ci, że również nie spodziewałbym się siebie tutaj - przyznałem, patrząc na ten rozbawiony harmider. Pewnie by mnie wkurwiał, gdyby nie klopsy i alkohol. Wbrew pozorom, nie przepadałem za tłumami, za masą ciemną i rozchichotaną, głośną i zazwyczaj poruszającą się w owczym pędzie. W przyszłości zaś jedynymi tłumami, które będę tolerować, będą te w Kościanym Zamtuzie... To tyle w temacie.
Wzdrygnąłem się z opóźnieniem. Znowu pomyślałem o sałatkach i zagłodzeniu człowieka na rodzinnej imprezie. Najgorszy duet.
- Kompletnie ich nie znam, nie kojarzę. To ktoś od was? - zapytałem, a poprzez was miałem oczywiście na myśli Longbottomię Radziecką. Zerknąłem po sali, czy widzę innych członków tej rodziny. Czasami miałem wrażenie, że połowa Ministerstwa Magii to Longbottomy. Wszystko zależało od dnia, od układu zmiany, bo czasami jak wypełzałem z Sali Śmierci by zażyć nieco życia, to nie zażywałem życia, tylko Longbottomów i ich wesołego dzień dobry. A może trochę przesadzałem...? Tak przez alkohol? Niewykluczone. Najważniejsze, że Brenna to swój chłop. Żarła zdrowo. Dlatego otworzyłem do niej swoją mordę. Ale też nie tylko przez to, przez alkohol też.
- Brenna... Masz na imię Brenna, prawda? Cóż, nieistotne. Słuchaj. Powinny być kary śmierci dla ludzi, co to wrzucają same sałatki w menu... I nie żartuję. Dobra, może żartuję z tą śmiercią, ale powinno tak być - przyznałem rozbawiony. Trochę kiepski humor jak na wesele, ale ja też do końca nie byłem gościem weselnym, tylko przyciągniętą przybłędą, więęęc... - Patrz, chyba musimy się przesiąść. Tam są biedne, stygnące klopsy. Nikt o nie nie dba! - zauważyłem, unosząc szklankę z wódką, bo jakiś typ mi znowu głowę zawracał chlaniem, kiedy ja miałem inne sprawy na głowie. Beknęło mi się nawet, ale ładnie przeprosiłem. Jak widać, kulturka u mnie na wysokim poziomie.
Dużo żarłem, a jak dużo żarłem, to pilnowałem swojego talerza, a przy okazji talerzy innych osób by czasami wyhaczyć coś dobrego, czy to na stołówce, czy po prostu prosto z tego talerza, a ja obserwowałem Brennę Longbottom uważnie od dawna i wiedziałem, że potrafiła zjeść dużo. Dużo i dobrze. Nie jakieś babskie pierdolety, tylko właśnie prawdziwe jedzenie z mięsem i z dużą masą sosów. Tak, to było prawdziwe jedzenie. I ono mnie tak cholernie bardzo dzieliło z Persephoną, która właśnie zwykła jadać krzaki na talerzu. To łamało mi serce.
Te klopsy wlazły właściwie na raz, a te kieliszki też, choć z większym oporem. Raczej nie zwykłem za dużo pić, ale jak już się trafiała okazja, to potrafiłem wlać w siebie litry alkoholu, więc uśmiechnąłem się do Brenny i pokiwałem jej głową. Miała rację.
- Powiem ci, że również nie spodziewałbym się siebie tutaj - przyznałem, patrząc na ten rozbawiony harmider. Pewnie by mnie wkurwiał, gdyby nie klopsy i alkohol. Wbrew pozorom, nie przepadałem za tłumami, za masą ciemną i rozchichotaną, głośną i zazwyczaj poruszającą się w owczym pędzie. W przyszłości zaś jedynymi tłumami, które będę tolerować, będą te w Kościanym Zamtuzie... To tyle w temacie.
Wzdrygnąłem się z opóźnieniem. Znowu pomyślałem o sałatkach i zagłodzeniu człowieka na rodzinnej imprezie. Najgorszy duet.
- Kompletnie ich nie znam, nie kojarzę. To ktoś od was? - zapytałem, a poprzez was miałem oczywiście na myśli Longbottomię Radziecką. Zerknąłem po sali, czy widzę innych członków tej rodziny. Czasami miałem wrażenie, że połowa Ministerstwa Magii to Longbottomy. Wszystko zależało od dnia, od układu zmiany, bo czasami jak wypełzałem z Sali Śmierci by zażyć nieco życia, to nie zażywałem życia, tylko Longbottomów i ich wesołego dzień dobry. A może trochę przesadzałem...? Tak przez alkohol? Niewykluczone. Najważniejsze, że Brenna to swój chłop. Żarła zdrowo. Dlatego otworzyłem do niej swoją mordę. Ale też nie tylko przez to, przez alkohol też.
- Brenna... Masz na imię Brenna, prawda? Cóż, nieistotne. Słuchaj. Powinny być kary śmierci dla ludzi, co to wrzucają same sałatki w menu... I nie żartuję. Dobra, może żartuję z tą śmiercią, ale powinno tak być - przyznałem rozbawiony. Trochę kiepski humor jak na wesele, ale ja też do końca nie byłem gościem weselnym, tylko przyciągniętą przybłędą, więęęc... - Patrz, chyba musimy się przesiąść. Tam są biedne, stygnące klopsy. Nikt o nie nie dba! - zauważyłem, unosząc szklankę z wódką, bo jakiś typ mi znowu głowę zawracał chlaniem, kiedy ja miałem inne sprawy na głowie. Beknęło mi się nawet, ale ładnie przeprosiłem. Jak widać, kulturka u mnie na wysokim poziomie.